Skip to content

najprostszy mazurek ever

Jestem zakochana po uszy w daktylach. Święcie wierzę w to, że to odkryte przez nas jesienią „Juicy Dates” i ukręcane z nich przeróżne kombinacje kremów i kulek mocy pozwoliły nam przetrwać kolejną już norweską zimę. A przynajmniej tak sobie tłumaczę zjadanie paczki 400g raz na półtorej tygodnia.

Rzecz o „Juicy Dates”: w sklepach znajdziesz mnóstwo różnych daktyli, różnej wielkości, pokryte błyszczącą skórką lub bardzo wysuszone i popękane, większe, mniejsze, z pestkami lub bez. „Juicy” to są te, które możesz z łatwością zmiażdżyć dwoma palcami. Ich miąższ jest tak miękki jak najczarniejszy banan, taki idealny do zjedzenia po treningu lub taki do chlebka bananowego, wiesz. Skórka odchodzi od nich sama, ale wcale nie musisz jej zdejmować – po kilku minutach w blenderze nie będzie po niej śladu. Tych daktyli nie namaczasz. Wyjmujesz tylko pestki, i jesz, jesz, kręcisz i jesz.

Kombinacji stworzyłam wiele, ale to te dwie zebrały najgłośniejsze pomrukiwania nad stołem od naszych przyjaciół.

Dziś masz okazję pomruczeć i Ty.


Obie te wersje mogą być bazą dla: spodów do raw tart, kulek mocy i innych roślinnych i bezglutenowych kombinacji. Dodaj mąkę kokosową, zmielone orzechy, pestki lub – serio! – komosę ryżową. Plus olej kokosowy, który sprawi, że masa po schłodzeniu będzie bardziej zbita.

 

KREM Z DAKTYLI 

WERSJA 1 / dla dorosłych

3 szklanki daktyli- wymieszałam „Juicy Dates” z takimi twardszymi, mniej więcej po połowie

2 łyżki kakao- im bardziej czubate, tym wytrawniejszy będzie krem

2-3 łyżki mleka kokosowego (twardej części) + ciepła woda

20-30 ml rumu- Captain Morgan jasny poleca się!

szczypta soli 

 

Najlepszy będzie blender kielichowy, ale ręcznym też się to może udać. Wrzuć wszystko i mieszaj, dodając stopniowo trochę wody, żeby blender miał jak pracować; z przerwami, bo zajmie to średnio 20 minut. Mój krem miał konsystencję Nutelli albo naturalnego prawdziwego masła orzechowego (takiego bez żadnych dodatków). Był kremowy, idealny do rozsmarowania, a po nocy odrobinę zastygł.

 

WERSJA 2 / dla wszystkich 

3 szklanki daktyli 

2 łyżki kakao

2 łyżki tahini (pasty sezamowej)

2 łyżki mleka kokosowego

szczypta soli

 

Mieszamy tak samo jak w wersji powyżej. Można dodać oleju sezamowego (tego co się zebrał u góry w słoiczku tahiny), albo znów dodać wody. Ten krem będzie trochę gęstszy.

 

Obie wersje wspaniale komponują się z malinami, też mrożonymi. I tak, dwa tygodnie temu serwowałam krem numer dwa w małych słoiczkach, z pokruszonymi malinami i szczyptą soli, a dziś, z okazji zbliżających się Świąt, krem numer jeden wylądował na kruchym spodzie i robi za najprostszy mazurek ever. (Również posypany malinami.)

 

Spód do mazurka to kruche ciasto z przepisu Weroniki Madejskiej.  Nie miałam syropu klonowego, użyłam więc syropu z winogron. Koniec końców, to masa daktylowa przebija, spód daje przemiłe chrupanie w zębach.

320g mąk bezglutenowych – ryżowej i owsianej

2 łyżki skrobi ziemniaczanej 

100ml oleju roślinnego

100ml syropu

szczypta soli 

 

A tu mój film- nagrany z Weroniką- w którym bardzo ładnie widać konsystencję ciasta:


Jutro przepis na pasztet. Tak tylko mówię.

K.

rzucić wszystko i

Są takie dni, kiedy chciałabym rzucić wszystko i schować się przed całym światem. Schować się w jakimś miłym, ciepłym malutkim miejscu i przez chociaż jeden dzień nie myśleć o tym co za drzwiami. O tym co robi sobie ludzkość, o ociepleniu klimatu i nierównościach społecznych, o podatkach do zapłacenia i kolejnym właścicielu mieszkania, z którym się nie dogadujemy. I właśnie wtedy przypominam sobie, że ten „ciepły malutki kącik”, w którym chcialabym się schować nie jest nawet mój tylko wynajmowany.

I dociera do mnie, że jeśli miałabym przecież swój własny dom, rzeczywiście mogłabym chować się w nim przed światem, który zapieprza swoim własnym rytmem. Tylko: po co? Na jak długo? I co, jak już wyjdę z kryjówki?

Koniec końców siedzę w sypialni na krześle w plamie słońca i układam myśli spisując je tutaj. I mam walkę w głowie na dwa głosy. I kiedy jeden mówi mi: „mam złe przeczucia!” przy akompaniamencie ściśniętego żołądka, drugi, na spokojnie, podsuwa mi wizję tego, gdzie będę za kilka lat i pyta: „w jaki sposób to doświadczenie przyda ci się w przyszłości?”. Serio. Zryta bania, mówię Ci.

Zawsze. Prędzej czy później. Nie zawsze tak od razu. Ale zawsze. W mojej chorej głowie pojawia się głos rozsądku, który nie pozwala mi zwariować. Który wyciąga mnie z łóżka w bardzozłe dni. Który daje iskierkę chęci na zrobienie kolejnego kroku. Który mówi mi, że mogę. Że te obrazki, które tak skrzętnie pielęgnuję w głowie pewnego dnia się spelnią w całości. Tylko muszę wstać, jeszcze ten jeden raz.

A może? Może to jest właśnie intuicja, którą mam zaszczyt od kilku lat w końcu słyszeć? Bo mimo wszystkich sytuacji, z którymi się zmierzyliśmy razem z M, i mimo wszystkich moich strasznych dni, z którymi wygrałam – jestem o niebo spokojniejsza niż kiedyś. Ma to więc jakiś sens.

Patrzenie z bliska i z daleka – nie tylko na swoje ciało – ma sens. Próbowanie – ma sens.

 

A teraz pozwól, że odpalę sobie siedem minut medytacji, której nadal jeszcze nie umiem do końca robić, ale bardzo się staram i próbuję, bo te dźwięki morza w tle robią magię w mózgu. I zaraz po tym, siadam do pracy.

Bo mogę.

Xo,

K.

gdzie byłam? relacja z wydarzenia Food 3.0 w Oslo

W poniedziałek byłam na super fajnym wydarzeniu Food 3.0 w Oslo, o którym pisałam TU, TU i mówiłam też TUTAJ (film niżej). Ze swojej strony polecam też dokument Leonardo „Before the flood” – do obejrzenia na YouTube. Jeśli więc jesteś świadoma tego, że trzeba dbać o środowisko, ale nadal uważasz, że to trudne – to jest ten moment, żeby ten film obejrzeć. A jeśli nadal czekasz na znak, żeby w ogóle zainteresować się tematem – TO JEST TEN ZNAK.

Kilka pomysłów, które zapadły mi w pamięci*:

EPLESLANG . Wiem, że dla niektórych wyda się to dziwne, ale w Norwegii nie wszyscy ludzie wykorzystują drzewa i krzewy owocowe, które mają w ogrodach. I ta firma to jest właśnie odpowiedź na problem: zatrudniają ludzi, którzy zbierają niechciane jabłka i produkują z nich sok. Lokalność 100%, prawda? I dwa dobre uczynki w jednym: dawanie ludziom pracy plus oczyszczanie ogrodów ze spadków. Win – win!

BySpire – vertical farming. Znów idziemy w lokalność (ograniczenie transportu ogranicza zanieczyszczenie, wiadomo). Jeśli Norwegia importuje zioła – dlaczego nie stworzyć warunków, w których będziemy w stanie hodować świeże zioła cały rok, zapewniając im idealne warunki? Wykorzystując każdą daną przestrzeń i budując hale z pionowo ułożonymi warstwami dla roślin? Można? (Musisz tu też wiedzieć, że w Norwegii jest bardzo niewiele pól uprawnych, które nadają się do czegokolwiek, stąd szukanie alternatywnych rozwiązań)

Food.Evolution. Taki trochę powrót do korzeni. Biodynamiczne zasady uprawy roślin, mówi Ci to coś? Nie wiem jak Ty, ale ja pamiętam te kalendarze z domu, moja Mama zawsze siała zgodnie ze wskazówkami w nich zawartymi. Odchodzenie od pryskania chemią, ekologiczne uprawy, plus kontakt z rolnikiem. Relacje. Bo jedzenie to nigdy nie jest tylko jedzenie.


Od siebie dodam tyle: naprawdę można jeść proste jedzenie i się tym nie nudzić. Naprawdę da się funkcjonować bez nabiału (lub jeść go mniej) i da się ograniczyć spożywanie mięsa. To są te małe zmiany, które stopniowo wprowadziłam na przestrzeni trzech lat i wiesz co? To nie boli. To wszystko jest w Twojej głowie. To, jak do tego podejdziesz. Czy zrobisz sobie listę rzeczy, których od dziś chcesz unikać i będziesz nad nią płakać wieczorami czy raczej skupisz się na wszystkich tych produktach, które nie tylko są dobre i smaczne, ale otwierają głowę na nowe kombinacje smakowe, o których nawet nie śnisz! Czy dalej będziesz twierdzić, że „przecież jedna osoba nic nie zmieni” czy może zaczniesz bawić się jedzeniem jak 31T (BIT) & Another New Design Studio i tym samym dbać o środowisko chociaż na małą skalę?

Dlaczego dziś idziemy do sklepu po jedną konkretną rzecz, bo mamy zachciankę lub – bo zabrakło do przepisu? Oczekujemy słodkich truskawek zimą, nie zastanawiamy się skąd są warzywa, które pakujemy do koszyka i ciągle tylko szukamy nowych super produktów.

Nie zrozum mnie źle – uwielbiam próbować nowych rzeczy, a importowane mąki z wielu zakątków świata ratują mi tyłek przy mojej bezglutenowej diecie. Ale. Najbardziej w świecie tęsknię za bazarami. Za starszymi kobietami, które wstają co świt i dojeżdżają do miasta po to tylko, żeby sprzedać marchewkę, którą udało im się wyhodować na małym skrawku ziemi. O którą dbały noc i dzień, jak o swoją. Brakuje mi jajek bez tych cholernych pieczątek. Brakuje mi pachnących jabłek i pomidorów. Brakuje mi tego, że jak idę do sklepu to nie mam kogo spytać o to, jaki miałby pomysł na te piękne świeże szparagi. Kupuję warzywa w plastikowych torebkach i liczę na to, że tego lata w końcu uda mi się znaleźć farmę, na której kupię jarmuż i cukinię i pogadam z rolnikiem o tym, co jedzą na kolację w ciepłe letnie wieczory.

Jakość produktów, nie ilość. Sezonowość i lokalność. Tak się kiedyś jadło. 

Póki co, dalej będę robić swoje: proste przepisy bazujące na warzywach, do których możesz dorzucić co tam sobie chcesz. Dziś kasza gryczana i bób, który wygrzebałam w zamrażarce u emigrantów. Był zapakowany w torebkę, totalny no name.

 

KASZA GRYCZANA I BÓB

kasza gryczana – ugotowana

bób mrożony (ja trafiłam na taki bez skórki)

duża garść orzechów nerkowca

łyżka mleka kokosowego

świeży koperek, świeża mięta

mały ząbek czosnku

oliwa, sól, pieprz, sok z cytryny

 

Bób, zmrożony, wrzuć na suchą patelnię i praż, aż będzie miejscami brązowy (10/15 minut). Posól, popieprz do smaku.

W blenderze zmiksuj orzechy z łyżką mleka kokosowego, czosnkiem, sokiem z cytryny, solą i ciepłą wodą. Później dodaj koperek i znów zmiksuj na gładką masę. Ten sosik jest słodkawy i dobrze zgrywa się ze słonym bobem.

Serwuj kaszę wymieszaną z koperkowym sosem, na to kładź bób i syp miętą. Polej oliwą z oliwek.

 

Czasem jest tak, że wszystko czego potrzebujesz do stworzenia super dania to: zioła. Albo odpowiednie przyprawy.

Smacznego!

K.

 

*Wszystkie powyższe to Startupy. To znaczy, że w jakimś stopniu potrzebują wsparcia (nie tylko finansowego). Jeśli znasz kogoś, kto inwestuje w tego typu idee (lub sama czujesz, że chcesz) – klikaj w linki i kontaktuj się z nimi. To otwarci ludzie z wielkimi ideami w głowach. Fajni Ludzie. 

tłusty czwartek bez glutenu, bez nabiału

Na wstępie podkreślam: żaden ze mnie znawca pączków. Nie lubię i nie praktykuję od kilku już lat. Ale faworki! Faworki to już zupełnie coś innego! N a j l e p s z e  w formie ‚mrowiska’ (przepis litewski) – ułożone w stożek, polane miodem, posypane orzechami i makiem. Jeśli życie (tudzież: wakacje) zagonią Cię kiedyś na północno-wschodni kraniec Polski – uderzaj do Puńska na mrowisko! I czenaki, ale o tym już innym razem.

W tym roku wcale nie planowałam specjalnych przepisów z okazji czwartku. Jeszcze w zeszły wtorek pisałam do swojej przyjaciółki:

 you know me

nie lubię pączków

ani nic w sumie z tych tłustoczwartkowych przygód

Blah. Pączki.

X-( 

A jednak.

Dwa dni temu, na fanpage Strawberries from Poland zobaczyłam zdjęcie rozetek, tym samym przypominając sobie, że w którejś z szuflad upchniętą mam foremkę w kształcie gwiazdki! Taką metalową, na zagiętej rączce. I że nigdy przenigdy jej nie użyłam! (No dobra, raz, ale przyozdabianie makowca się nie liczy). A te gwiazdki na zdjęciu tak pięknie wyglądały! Zajrzałam więc do przepisu Ani, zamieniłam mleko na roślinne, mąkę na miks bezglutenowych, a cukier na.. syrop z daktyli. Po oryginał przepisu odsyłam TUTAJ.

 

ROZETKI BEZGLUTENOWE, BEZMLECZNE

3/4 szklanki mąk bezglutenowych: ryżowa + skrobia ziemniaczana (w proporcji 2:1)

szczypta soli

2/3 łyżki syropu z daktyli (lub z winogron, lub każdego innego)

1 jajko

pół szklanki ‚mleka’ roślinnego (ja użyłam sojowego waniliowego, więc nie dodawałam już aromatu)

opcjonalnie: aromat waniliowy

 

Wymieszaj mąki i sól, dodaj syrop i jajko i mieszaj dodając stopniowo mleko. Ciasto będzie miało konsystencję naleśnikowego, ja zrobiłam trochę gęstsze (dałam prawie całą szklankę mąki) i dalej było super, i ładnie się smażyło.

Mówiąc o smażeniu: użyłam oleju słonecznikowego, bo taki akurat był pod ręką. Zagrzałam go porządnie w małym garnuszku (takie 5cm na wysokość, powiedziałabym), zagrzałam w nim foremkę, strzepałam porządnie, zanurzyłam w cieście – do połowy jej wysokości! – i smażyłam przez około 20 sekund (aż były ciemnozłote). Ciastko po usmażeniu, nie schodzi samo z foremki, trzeba mu pomóc delikatnie widelcem/łyżką. Jeśli pierwszych kilka Ci się przykleja do foremki – nic się nie martw! – zagrzej olej mocniej, potrzymaj dłużej foremkę w nagrzanym oleju i dobrze strzep nadmiar. Jeśli olej zostaje na foremce – ciasto Ci spłynie lub się nie przyklei. A jeśli foremka jest dobrze nagrzana, ciasto aż syczy jak ją w nim zanurzasz. Jeśli robisz je dość szybko, nie musisz też zanurzać foremki w oleju za każdym razem – zdejmujesz gotową gwiazdkę i od razu szykujesz nową.

Uff! To chyba już, napisałam wszystko czego dowiedziałam się przez te dwa dni smażenia! Teraz czas na:

 

 

PIECZONE BEZGLUTENOWE PĄCZKI

z przepisu Jadłonomii. Po przepis odsyłam na stronę Marty, a poniżej moja wersja (EDIT z dn. 23.02):

Ponieważ rano okazało się, że z pączków wyszły gnioty (smaczne, ale gnioty), zawzięłam się i zrobiłam je od zera, po swojemu. 

 

1/4 kostki świeżych drożdży (kostka 50g)

100 ml ciepłego mleka

2 szklanki mąki – ryżowa + skrobia ziemniaczana + ciemna jaglana, 2:1:1

szczypta soli

2-3 łyżki syropu z karobu (każdy inny też sie nada)

2 banany – puree

1-1,5 łyżki masła roślinnego

ciepła woda

 

Przede wszystkim: bezglutenowe ciasto rządzi się swoimi prawami i nie należy powtarzać przepisów z mąką pszenną jeden do jednego.

Zacznij od drożdży i mleka: jak się spienią to znak, że to już. W misce wymieszaj mąki, sól, syrop i dodaj pianę drożdżową. W ten sam kubek dolej trochę wody i znów dolej do ciasta (takie 1/3 kubka na początek). Teraz ciasto będzie jeszcze dość gęste, dodaj puree z bananów, zamieszaj, dodaj masło, zamieszaj. Jeśli nadal jest bardzo gęste – dolej więcej wody. Moje ciasto było dość klejące, ale dość zbite, miało jak oddychać, że tak powiem. Po godzinie w ciepłym miejscu uformowałam kulki (można się zabawić z donutami), – ważne! – posmarowałam je z wierzchu olejem i piekłam ok 20 minut w 180st. Bułko-pączki są super miękkie w środku (dalekie od zakalca), i bardzo super chrupiące z zewnątrz. I nie, nie czuć bananów.

Można zrobić polewę, można lukier. Ja cały przydział cukru już zużyłam, więc polałam syropem z daktyli i sypnęłam płatkami kokosowymi.

 

Polecam, Katarzyna Anielak.

 

 

PS/ zdjęć oficjalnie już udekorowanych pączków wyczekuj jutro na moim Facebooku i Instagramie. Do zobaczenia!

co powinnaś jeść ?

Pamiętam jak kilka lat temu zostałam wyśmiana, kiedy powiedziałam, że nie jem mięsa. Wyśmiana, dosłownie. „Bo taka moda teraz, hue hue”. Koleś był dupkiem, ale nie zmienia to faktu, że stałam jak wryta i nie wiedziałam co mam odpowiedzieć. W sumie nie powiedziałam nic.

Zawsze wydawało mi się, że jeśli pytasz o coś drugiego człowieka, w tym o to co je, to dlatego, że a) interesuje Cię to b) masz w planach coś mu przygotować do jedzenia. Od kiedy tylko pamiętam interesowało mnie to, co ludzie jedzą, jakie mają podejście do jedzenia, w jaki sposób mówią o jedzeniu, co kupują, co mają za swoje „basic” rzeczy w szafkach. To jest strasznie ciekawe i nadal uważam, że dużo to mówi o człowieku. Ale życie nauczyło mnie jeszcze jednej rzeczy, znacznie ważniejszej: nie oceniać. Bo widzimy tylko jeden mały kawałek tej osoby, zazwyczaj ten, który ona chce nam przekazać. Dwa: sama jestem najlepszym przykładem tego, jak podejście do jedzenia i potrzeby ciała się zmieniają. I myślę, że to całkiem naturalne.

Do brzegu, bo ma to być tylko notka, notka-na-myślenie, wiesz.

Nie mam nic do próbowania nowych rzeczy. Czujesz się na siłach, żeby odrzucić mięso – zrób to i jedz więcej warzyw, mądrze. Chcesz ograniczyć gluten? Spróbuj przez miesiąc i obserwuj się, nie daj się też efektowi placebo. A może wcale nie chcesz zupełnie porzucać mleka i produktów mlecznych, ale decydujesz, że od czasu do czasu kupisz jednak tofu do sałatki. TO JEST OKEJ. O ile robisz to w zgodzie ze sobą i swoją głową. O ile nie jest to coś wymuszonego, bo się nasłuchałaś o tym jak to twoja koleżanka świetnie się czuje bez produktów z grupy x.

Masz swoją głowę. I swoje ciało. To, co działa na koleżankę, niekoniecznie zadziała równie dobrze i na Ciebie. Myśl samodzielnie. A jeśli dobrze Ci z tym, jak jesz teraz – gratulacje i niech Ci to służy!

Dwa: diety nie istnieją. Jeśli podejmujesz się zmian w zakresie odżywania (radykalnych zmian), to nie na dwa tygodnie, po których z podwójną siłą wracasz do dawnych nawyków. Nie rób sobie tej krzywdy.

 


Coraz częściej mam wrażenie, że jedzenie – styl odżywania – to taka trocha mała religia. Każdy ma swoją. I każdy z nas ma do tego prawo. I jak w przypadku każdej teorii znajdą się jakieś badania naukowe, które ją potwierdzą i kilka innych, które ją obalą. Przestańcie się w końcu wzajemnie pouczać i udowadniać, że „moja jest mojsza niż twojsza”. Serio. To już nawet nie jest śmieszne.

I tym miłym akcentem zakończę dzisiejszą notkę, która jest rozwinięciem tego krótkiego filmu. Obejrzyj i daj znać co myślisz!

K.

 

PS / Mówię tu o osobach  z d r o w y c h. Zdrowych fizycznie i psychicznie. Jeśli uważasz, że jesz zdrowo, zero przetworzonego jedzenia plus umiarkowany ruch, a nadal coś nie gra z Twoim ciałem – jest to najprawdopodobniej czas, żeby wybrać się do lekarza. Jeśli szukasz coraz to nowych diet, odrzucasz coraz to nowe produkty, a w głębi duszy myślisz tylko o tym, żeby znów zrzucić kilka kilogramów – jest to najprawdopodobniej czas, żeby zgłosić się do specjalisty. Masz jedno ciało. Dbaj o siebie.

PS // Wegetarianką byłam jakieś 5 lat (nie wiem, bo nie liczyłam) i zawsze mówiłam o sobie, że „nie jem mięsa”, bo nie miałam ku temu powodów etycznych, więc ta szufladka z nazwą na „w” jakoś mi nie odpowiadała. Po tym czasie wróciłam do jedzenia mięsa, dziś jem je rzadko i tylko wtedy kiedy podpowiada mi to ciało. O tym też napiszę. Chyba raczej na pewno.

romantyczna kolacja bez glutenu

Zrobiłam sobie przerwę i wracam z prywatą. Będzie o związku i relacjach. I wcale nie dlatego, że jutro Walentynki, choć przepis nada się też na jutro.

Znałam kiedyś chłopaka o dobrym sercu, który na moje pytanie „co jest sekretem udanego związku”, odpowiedział mi: „szacunek”. To były czasy, kiedy pojęcia nie miałam co to znaczy Związek przez duże „Z” ani nawet czym jest taka mądra relacja. Byłam pogubiona sama ze sobą – jak więc miałabym stworzyć coś wartościowego z drugim człowiekiem? Obserwowałam więc innych, pytałam, rozmawiałam i próbowałam zrozumieć.

Dopiero długo-długo później, jak już walczyliśmy z M o naszą relację mimo odległości jaka nas dzieliła, uświadomiłam sobie, że to samo magiczne słowo powtarzała całe życie moja Mama, w akompaniamencie potakiwań Taty. Szacunek. „Musisz przede wszystkim lubić tego człowieka”.

Serio. Związek to nie #couplegoals, które widzisz na Instagramie. To nie tylko słodkie selfie w odświętnych ubrankach. To nie tylko wyjścia z okazji Walentynek, urodzin, zaręczyn. To codzienność, która czasem boli. To wspólne milczenie kiedy świat się wali i nie wiadomo co robić. To tysiąc spraw na głowie i gdzieś wśród nich ta ciągła potrzeba, żeby z nim pobyć choć chwilę, poczuć jego ciepło i zapach. To ten cichy głos w głowie, który – podczas gdy już krzyczycie na siebie i nerwy wam puszczają – mówi: „zostań”. I nawet jeśli masz ochotę już nigdy się do niego nie odzywać – idziesz i przepraszasz, bo chcesz się pogodzić i nie chcesz już ani chwili tracić na głupie kłótnie.

A jak już to przejdziecie, to każdy dzień smakuje lepiej. I mijają wam cztery lata, a wy jesteście z siebie dumni jak nigdy dotąd. Przybijacie sobie piątki i chcecie jeszcze, w kółko już tylko razem, tyle, ile tylko będzie wam dane.

 

fot. Kamila Gołębiewska / viabirdie.com
fot. Kamila Gołębiewska / viabirdie.com

 

Dziś makaron. Bo oboje lubimy, a od kiedy jemy bez glutenu, tęsknimy za nim nawet bardziej. Plus: znalazłam w końcu dobry bezglutenowy makaron! Barilla, spaghetti, polecam. Do podpatrzenia w video poniżej wraz z dwoma przepisami: na lasagne wegańską i najprostszy makaron świata.

ROMANTYCZNY MAKARON, BEZ GLUTENU

czyli łatwy (żeby absolutnie każdy mógł go zrobić, nawet jeśli czasu mało) i lekkostrawny (wiadomo)

 

makaron spaghetti bezglutenowy

garść nerkowców (lub większa garść jeśli nie kupisz śmietanki)

mała śmietanka owsiana

pieczarki lub inne ładne grzyby

czosnek, sól, pieprz, oliwa, sok z cytryny

dużo świeżej pietruszki (lub koperku, co wolisz)

 

Ugotuj makaron zgodnie ze wskazówkami podanymi na opakowaniu (bezglutenowe gotuje się zazwyczaj chwilę dłużej). Na patelni podsmaż grzyby, doprawiając solą i pieprzem. Możesz – razem z grzybami – podsmażyć też trochę cebulki. Do miksera wrzuć nerkowce, sok z cytryny (1-2 łyżki na garść orzechów), sól, pieprz, ząbek czosnku. Dodaj ciepłej wody LUB owsianej śmietanki jeśli za gęste. Śmietanka sprawi, że sos będzie słodszy, miej to więc na uwadze.

Podawaj z dużą ilością świeżej pietruszki.

 

Osobiście, lubię zacząć kolację od przystawki – ostatnio na nowo odkryłam pieczoną czerwoną paprykę, która świetne gra z hummusem. Możesz też zrobić małą sałatkę z pieczonych warzyw. Później makaron i wino. Białe wytrawne, lub z bąbelkami. A na koniec.. mus z daktyli, tahini i kakao.

Bawcie się dobrze!

K.

 

PS / zdjęcie nas na tle pięknej zimowej Norwegii zrobiła jedyna i wyjątkowa Kamila aka Viabirdie. Link w zdjęciu!

zupa jarzynowa z wegańskimi pulpetami

Zeszły weekend spędziliśmy w górach, po norwesku. Jak wszyscy szczęśliwcy posiadający (bądź wynajmujący) chatkę (hytte) w górach – wyjechaliśmy po pracy i załadowani sprzętem i bagażami odstaliśmy swoje w korku, po czym odjechaliśmy ponad 200km w górę Norwegii po to by razem z naszymi przyjaciółmi spędzić przemiłe dwa dni. W apartamencie tuż przy stoku. W przepięknym miejscu zwanym Kvitfjell, z 12 wyciągami i prawie 30 trasami zjazdowymi.

Jak przystało na sezonowców – którzy ostatni raz na deskach jeździli trzy lata temu – zaczęliśmy zbyt szybko i zbyt ostro, więc kilkanaście zjazdów i upadków później oboje byliśmy wykończeni. I szczęśliwi jak dawno już nie. Oboje przypomnieliśmy sobie dlaczego zima da się jednak lubić. Ba! Zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że zimę to ja uwielbiam!

Jeśli więc spytasz mnie: „dlaczego lubisz/uwielbiasz zimę?”, powiem: przez jazdę na snowboardzie i podjadanie (jestem mistrzynią podjadania po posiłkach choć nadal uparcie twierdzę, że zalicza się to do tego samego dania). I zupy. No nic nie smakuje zimą tak dobrze jak gorąca zupa.

 

I tak, przypomniałam sobie zupę z dzieciństwa: klasyczną jarzynową, z marchewką, ziemniakami i groszkiem, na maśle, z dużą ilością koperku. Do tego, już w głowie dodałam pulpety, ale pulpety nie byle jakie, bo wegańskie. Szczerze mówiąc chciałam sprawdzić, czy zachowają się w zupie tak samo jak zwykle mięsne pulpety. Tak, zdały egzamin i z czystym sercem polecam:

 

ZUPA JARZYNOWA Z WEGAŃSKIMI PULPETAMI

ziemniaki

marchew

seler bulwa

pietruszka korzeniowa

kalafior

liść laurowy, ziele, kolendra w ziarenkach, sól/sos tamari

 

PULPETY:

kasza jaglana (ugotowana do miękkości

fasola biała (może być z puszki)

cebula

zmielone siemię lniane

1-2 łyżka jogurtu sojowego

majeranek, tymianek, pieprz i sól

 

dużo świeżego koperku 

Zupę przygotuj zaczynając od podgotowania ziemniaków, później dodaj resztę warzyw i przypraw. Jak warzywa będą już miękkie, odłóż 3-4 chochelki samych warzyw do miksera, zmiksuj na gładką masę i dodaj z powrotem do zupy. Dzięki temu będzie gęsta.

Pulpety: zmiksuj kaszę i fasolę na gładką masę, dodaj podsmażoną na oleju cebulkę z ziołami, na koniec dodaj siemię lniane i jogurt – masa ma być gładka ale dość puszysta.

Formuj ładne kulki i wrzuć do wolno gotującej się zupy na kilka minut, tuż przed podaniem. Posyp obficie koperkiem.

Na zdrowie!

K.

zupa jarzynowa wegańska

 

krem z buraków bez mleka kokosowego

– M, jaką zupę mogłabym zrobić na Cooking Wednesday? Mam ochotę na coś z pomidorami..

– Zrób buraczkową. Zjadłbym dobrej buraczkowej!

 

Zatem: buraczkowa, z pieczonych buraków z przecierem z pomidorów. Kremowa, ale bez mleka kokosowego (no ile można??). Żeby nie było za ostro – bo zupę zupę przyprawiłam solidnie – z kremem z nerkowców i pietruszkowym olejem. Strasznie fajne połączenie!

Nie wiem jaki masz tryb życia: czy jesteś zabieganą pilną studentką, czy raczej wracasz co dzień z pracy i na szybko szukasz pomysłu na obiad, czy może jesteś wszechogarniającą mamą, która wiecznie je zimne. A może masz to szczęście i udaje Ci się celebrować posiłki? Wiem jedno: ta zupa jest równie smaczna na gorąco, kiedy serek z nerkowców delikatnie się na niej rozpuszcza – jak i na zimno. Naprawdę. Wychodzi z niej trochę chłodnik, w zimowej wersji.

Jeśli więc nie uda Ci się zjeść jej na gorąco, bo wygląda tak pięknie, że trzeba ją uwiecznić, zrobić p r z y n a j m n i e j kilka zdjęć i może wrzucić od razu na Instagrama i Insta Stories najlepiej też, nie przejmuj się. Jej smak Ci to wynagrodzi.

 

KREM Z BURAKÓW 

pieczone buraki (piekę w folii bez przypraw, później obieram) 

koncentrat pomidorowy

przyprawy: cynamon, kardamon, chilli cayenne i/lub pieprz, liść laurowy

sól 

– zużyłam niecały kilogram buraków i wyszły mi z tego cztery średniej wielkości porcje, ale moja zupa była bardzo gęsta. Bardzo! Zalej obrane i pokrojone w drobniejszą kostkę buraki wodą, pogotuj (nie musi być długo, chodzi o połączenie smaków), dodaj łyżkę-dwie koncentratu. Przypraw, zmiksuj.

 

KREM Z NERKOWCÓW

garść nerkowców (nie musisz namaczać)

sok z cytryny, sól, mały ząbek czosnku 

ciepła woda

– zmiksuj przy pomocy robota kuchennego. Wyjdzie z tego gęsta (mniej lub bardziej), gładka masa, o konsystencji mascarpone.

 

PIETRUSZKOWY OLEJ

garść świeżej pietruszki + olej/oliwa + odrobina soli

– zmiksuj na gładką masę, przelej przez drobne sitko.

 

Do zobaczenia niedługo!

K.

zupa krem z pora i ziemniaków

Czas przeziębień to trudny okres dla moich najbliższych. Bywam nieznośna. Im dłużej trzyma się mnie wirus, tym mniej zaplanowanych rzeczy jestem w stanie zrobić, co sprawia, że jestem poirytowana już nie samym bólem głowy/zatok/katarem, ale samym tym przymusowym leżeniem.

Po dwóch tygodniach na zmianę pracy – treningów – i znów powrotu do łóżka na dwa dni, jedyne, co mogę powiedzieć to: dużo warzywnych zup i probiotyki. O naturalnych probiotykach napiszę osobną notkę (wow! zapowiada się powrót do artykułów!) i być może prawdopodobnie uda mi się zebrać kilka przepisów. Dziś kontynuujemy temat zup.

Tę zupę robiłam jeszcze na studiach, jeszcze w wersji z serkiem topionym. Jeśli zaglądasz tu już jakiś czas wiesz, że od prawie dwóch lat nie jem nabiału (ani glutenu) i szukanie zamienników pozwala mi odkrywać nowe połączenia każdego dnia. Nie tylko mi, bo do kombinowania z wegańskimi składnikami dołączył się również mój chłopak i tak właściwie to on stworzył tę zupę. I nadal twierdzi, że jego wersja jest smaczniejsza, wiadomo. Postaram się więc pamiętać o wszystkich jego sugestiach. Gotowa?

 

ZUPA POROWO ZIEMNIACZANA

3-4 pory

kilka ziemniaków

olej kokosowy

mleko kokosowe

sól, pieprz

– przede wszystkim: na rozgrzanym oleju kokosowym podsmażamy pokrojone  p o r y (białą część), a nie ziemniaki. Tak, podsmażając ziemniaki byłoby odrobinę szybciej, ale to jednak podsmażone na złoto pory nadają zupie smak. Później dorzuć ziemniaki. I tu, ważne są proporcje: ja lubię jak jest więcej ziemniaków, mój M podkreśla, że ziemniaków ma być na oko tyle samo co porów, a najlepiej jak jest ich trochę mniej. Później zalej wodą i dodaj trochę mleka kokosowego. Tutaj znów: im więcej go dodasz tym zupa będzie słodsza. Pogotuj, aż ziemniaki będą miękkie. Sól, pieprz i miksujemy!

Co do ziemniaków: w zasadzie każda odmiana się nada, różnić się będzie czasem gotowania. My ziemniaki szorujemy, nie obieramy ze skórki, co też ma wpływ na kolor kremu. Im bardziej podsmażysz pora – tym bardziej zupa będzie wpadać w odcień musztardowy. Dwa: gotowanie pod przykrywką też sprawi, że por straci swą zieleń. Nie odnotowałam jednak, żeby miało to wpływ na smak. Zupa jest super!

 

zupa porowa

 

Dużo zdrowia!

K.

zupa kokosowa mocno rozgrzewająca

Przychodzi taki czas, kiedy nachodzi mnie na zupy i gulasze na bazie mleka kokosowego, ale z porządną garścią chilli – dla wyrównania smaków. Zazwyczaj jest to ten czas, kiedy za oknem pojawia się spóźniony o jakiś miesiąc śnieg, a przeziębienia na stałe goszczą w naszym domu. Styczeń-luty, znaczy się. Rok temu bazowałam na batatach i namiętnie doprawiałam curry (sprawdź tutaj), w tym roku robię to nieco inaczej.

Po pierwsze: musi być wywar. Warzywny, średnio intensywny. Do tego później dochodzi trawa cytrynowa, imbir i chilli, więc smaków i tak będzie wystarczająco. Po drugie: warzywa daję surowe, już na talerzu. Bo oprócz tofu i makaronów ryżowych,  w których rozkochałam się w roku 2016, nauczyłam się też dawać surowe warzywa gdzie się tylko da. Fajna sprawa: mieszanie nie tylko smaków, ale i struktur.

Koniec końców zupa jest pikantna, ale zostawia przyjemnie kremowy posmak mleka kokosowego na języku. Chrupiesz warzywa i zagryzasz miękkim tofu. Wciągasz makaron i czasem tylko przymkniesz oczy pełne łez jak rozgryziesz kawałek chilli.

Z a b a w a !

 

ROZGRZEWAJĄCA ZUPA KOKOSOWA

wywar warzywny

trawa cytrynowa (2-3 pałeczki)

świeże czerwone chilli

imbir

mleko kokosowe (tłuste! takie co po wyjęciu z lodówki rozdziela się na wodę i krem)

sos sojowy bg (OPCJONALNIE: sos rybny*, o tym dalej)

tofu naturalne

makaron ryżowy (daj czarny dla efektu „wow”)

surowe: cukinia, cykoria, może być papryka

świeża kolendra

szczypiorek (jeśli o nim nie zapomisz jak ja 🙂 

 

Do gotowego już wywaru warzywnego wrzuć trawę cytrynową, chilli i imbir i pogotuj chwilę na średnim ogniu. Dodaj mleko kokosowe, znów pogotuj i dopiero teraz za pomocą łyżki wyjmij wcześniej wrzucone przyprawy. Dopraw sosem. Wrzuć makaron, zagotuj i wyjmij na talerz.

W międzyczasie pokrój tofu, dopraw sosem i (opcjonalnie) olejem sezamowym – podsmaż. Pokrój warzywa i zioła.

Zalej makaron gorącym wywarem, na wierzchu układając tofu, warzywa, kolendrę i szczypiorek.

 

zupa-kokosowa

tajska-zupa-kokosowa

*OPCJE NIEWEGAŃSKIE:

Z JAJKIEM: wywar ten sam, sos sojowy, serwowana z ugotowanym jajkiem

Z RYBĄ: wywar ten sam, sos rybny plus kawałki białej ryby (dorsz będzie fajny!)

Z KURCZAKIEM: wywar ten sam, sos rybny lub sojowy plus kawałki kurczaka (wrzuć zaraz po wyjęciu przypraw)

 

Styczeń miesiącem zup! Kolejna już za tydzień!

K.