Skip to content

nie – relacja z Tajlandii

Ludzie są dla mnie nieskończonym źródłem wkurwienia i fascynacji.

Ale fascynacji. Dziś piszę o fascynacji właśnie.

 

Zawsze jak gdzieś jedziemy – nieważne, czy do sklepu oddalonego o pińć kilometrów czy do nowego kraju, na który zerkam z góry przez okienko samolotu – zastanawiam się jak żyją ludzie. Na kilka minut przed lądowaniem wypatruję samochód na autostradzie, śledzę go wzrokiem wyobrażając sobie ludzi w nim jadących, ich cel, ich codzienność. Fanscynuje mnie to, jak żyją ludzie. Czym żyją. Z czym się zmagają, z czego się cieszą. Fancynują mnie ludzkie historie. Mam pewne podejrzenia, że zawsze tak miałam. I po pierwszym miesiącu w podróży, miesiącu w Tajlandii chcę tylko więcej.

Najmilej wspominać będę te ciemne poranki w Chiang Mai, kiedy przed szóstą wychodziliśmy na spacer i nagrywanie. Po drodze mijaliśmy ludzi, którzy otwierali swoje budki, odpalali zmechanizowane stoiska z poranną zupą. Docieraliśmy do bazaru jak się rozjaśniało, tubylcy kupowali jedzenie w torebkach i wsiadali na skutery, Pan smażyl placki, Pani siekała mięso, inna smażyła chińskie racuchy, każdy skupiony na swoim zadaniu. Nie czuliśmy się tam obcy, nikomu nie przeszkadzaliśmy, ale za każdym razem jak o coś pytaliśmy – zawsze znalazł się ktoś kto był nam w stanie pomóc. Zawsze. Nawet kiedy już w Pai popsułam statyw i M poprosił partnera Naszej-Pani-Od-Szejków o kombinerki. Tak zwyczajnie, siedząc w knajpie i rozmawiając, jak człowiek z człowiekiem. To będę wspominać. 

I uśmiech. Milion uśmiechów, każdy inny i nawet te w stylu „nie wiem o co jej chodzi, ale też się uśmiechnę” są po prostu miłe.

I przestrzeń dla drugiego człowieka. W Tajlandii nie ma szturchania w kolejce, potrącania innych mijając się na naprawdę wąskich chodnikach. Jeden ustępuje drugiemu.

I ta pracowitość. Od rana do późnego wieczora.

I te kobiety. Pędzące na skuterach z milionem bagaży między nogami. Lub dzieckiem. Lub dzieckiem i bagażami. Nieustraszone. Ciężko pracujące na równi z mężczyznami.

I za tym poczuciem bezpieczeństwa. Spokojem. Każdy ma swoją przestrzeń, na której jest skupiony.

I za tymi świątyniami, przed którymi każdego ranka zapach kadzideł miesza się z zapachem gotowanego ryżu.

I za bułkami ze słodkim nadzieniem z fasoli.

I za mnichami, którzy w pomarańczowych szatach co rano gęsiego wyruszają w miasto. B o s o !

I za bułkami ze słodkim nadzieniem z fasoli.

I nawet za tym ich targowaniem, negocjowaniem każdej, ale to każdej ceny.

I za buł.. Ach! Za tymi zupami aż gęstymi od ilości owoców morza i świeżych przypraw, za bananami pieczonymi, suszonymi, grilowanymi, tymi ukrytymi w klejącym słodkim ryżu i usmażonymi w ryżu matcha. Za pierożkami (a było ich trylion rodzajów!) i kilogramami ryżu z jajkiem (jem w kółko po dziś dzień).

Wszystko co zjedliśmy, nieważne czy w *restauracji* czy w budzie na ulicy – miało sens. Przygotowane przez wprawione dłonie, doprawione latami doświadczenia i – życzliwością – jak mniemam.

Mimo najciekawszych nowych doznań smakowych, stęskniłam się za: kaszą gryczaną, świeżymi warzywami, chlebem i hummusem. Myślę, że inaczej traktujesz nowe dania, jeśli wybierasz się do Azji na dwa tygodnie, a inne masz podejście kiedy wiesz, ze przed Tobą jakieś pół roku z jedną wielką niewiadomą jeśli chodzi o jedzenie.

I tak, po trzech tygodniach jedzenia tylko lokalnie, poszliśmy na pizzę.

///

 

W podróży uczę się tego, że nie da się wszystkiego zaplanować i tylko otwarta głowa i dystans może nas uratować. Staram się – nadal się staram, bo to nie przychodzi z dnia na dzień – nie ograniczać jeśli chodzi o próbowanie nowych rzeczy, staram się nie oceniać zbyt szybko miejsc, ludzi ani sytuacji. Jestem wrażliwsza na reakcje otoczenia, uważniejsza jeśli chodzi o skanowanie otoczenia, szczególnie jeśli podróżujemy z wszystkimi naszymi plecakami. Uczę się rozmawiać z ludźmi, uczę się podtrzymywać rozmowę, a nie wycofywać się po krótkiej wymianie zdań. W ten sposób poznajemy nowych niesamowitych ludzi i ich historie i nie wierzę w to, że którekolwiek z tych spotkań jest dziełem przypadku. Nie ma przypadków. Wszystko układa się tak, jak powinno.

Do zobaczenia, Tajlandio. Jedziemy dalej!

K.

 

o podróży

z końcem roku 2017 zamknęliśmy nasze sprawy w Norwegii, zwieźliśmy nasz dom do Polski i wyruszyliśmy w podróż dookoła świata. wylosowaliśmy 10 państw. obiecaliśmy sobie, że to będzie pierwsza zima w ciepłym klimacie, więc zaczęliśmy od Tajlandii. w podróży pracujemy i nagrywamy. 


podróżowanie takie jest: dopóki siedzisz w domu, w miejscu sobie znanym i wygodnym, wydaje Ci się, że inne kraje to taka odległa rzeczywistość. boisz się na myśl o inności. o innych warunkach życia, o innym języku, kulturze, zachowaniach, reakcjach. sztywniejesz na myśl o trudnych sytuacjach, o niebezpieczeństwie, bo przecież TAM jest TAK niebezpiecznie. znajomi Cię ostrzegają, podają przykłady swoich znajomych i znajomych znajomych tego, czego należy się wystrzegać.

 

a potem wsiadasz w samolot.

a potem masz przesiadkę i widzisz setki innych ludzi, którzy podróżują w nieznane tak jak Ty.

i widzisz setki ludzi, którzy wiedzą gdzie jadą, bo to ich dom lub dom ich najbliższych.

 

a potem wysiadasz i wszystko jest nowe i wszystko zaskakuje Cię od samego początku.

ale skupiasz się na podstawach postaw: wyjmujesz pieniądze, szukasz transportu do hostelu.

obserwujesz tubylców i przyjezdnych, zderzenie kultur.

jedziesz przez miasto tuk tukiem i otwierasz oczy szeroko.

 

a potem wyruszasz w miasto i z każdym krokiem dociera do Ciebie jedno:

tu jest jak wszędzie indziej. 

tu dzieje się życie, jak wszędzie indziej. 

ludzie tu wiodą życie jak wszędzie indziej. 

ludzie są tu jak wszędzie indziej. 

 

miejsce jest inne, klimat, język i kultura, ale nie można mieć tego nikomu za złe, prawda?

prosta gestykulacja i uśmiech wyrażą więcej niż tysiąc słów.

w końcu posługując się tym samym językiem czasem nie jesteś w stanie pojąć.

 

i funkcjonujesz tak jak robiłaś to do tej pory: pracujesz, obserwujesz, uczysz się.

nie szukasz zaczepek, ale masz więcej wyczucia i uważności dla tego co wokół.

i tak jak wcześniej pocieszasz, kiedy drugi człowiek płacze stojąc na przeciwko.

 

i odkrywam, że jednak wszędzie jestem taka sama.

wydurniam się w stresie, zagaduję ludzi nad stoiskami z jedzeniem i oferuje pomoc kiedy trzeba.

 

i zostawiam kawałek siebie w każdym z miejsc.

i każde z tych miejsc zostaje po kawałku we mnie.

 

i teraz tylko muszę zrobić więcej miejsca w serduchu: dla ludzi, dla przygód i pięknych obrazów.

i jeszcze więcej miejsca na dysku, żeby się tymi obrazami podzielić później z Tobą.

 

a to dopiero początek!

K.

p o w o l i

– kiedy ja bym chciała takiego wiesz, PIERDOLNIĘCIA

 

bo nie masz pojęcia, że Ci którzy mieli pierdolnięcie, pracowali na to latami, 

nic się nie dzieje z dnia na dzień

 

– wiem o tym, że na wszystko potrzebny jest czas, 

– mi po prostu brak cierpliwości 

 

Mi też. To, jak cholernie jestem niecierpliwa i jak szybko się nudzę / zniechęcam pewnymi rzeczami wiedzą tylko mi najbliżsi. Już nic nie mówią, kiedy zmieniam wszystko milion razy dziennie. Boję się i często wątpię. Regularnie. A mimo to, w dalszym ciągu robię to, co robię.

Nadal tu jestem. Nie zniechęciły mnie negatywne komentarze po pierwszym poście, nie zniechęciły mnie braki w sprzęcie, brak umiejętności czy – właśnie – strach.

Bo ubzdurałam sobie w głowie wizję, obrazek swojego życia sklejony z rzeczy, których chcę, których potrzebuję, na których mi zależy. I nie potrafię powiedzieć, w którym momencie, ale uwierzyłam w to i od tej pory wierzę w to cały czas. I nie, to nie jest tak, jak piszą na Instagramie: że wyskakuję co rano z łóżka na samą myśl o pracy, którą kocham. LITOŚCI! 

Są dni, których nie doceniam. Są takie, w których prawie nic nie robię i później nadrabiam nocą, bo wyrzuty sumienia nie dają mi spać. Są dni, w których nawalam po całości, choć uczę się wyznaczać granice i troszczyć się o siebie. Są dni, w których pracuję od 7 rano do 2 nad ranem i drugiego dnia znów wstaję rano, bo się dzieje i mam hajp. Są takie dni. Ale nadal: lubię to, co robię i pasuje mi to do mojej wizji, więc: robię to. Porzucam to i wracam. Jestem lepsza, raz gorsza, ale wracam. Nie nadążam za własnymi pomysłami albo nie mogę zwlec się z łóżka, ale wracam. To już silniejsze ode mnie: zawsze wracam. Bo wierzę, że to się uda.

I po tych kilku latach nieregularnego pisania, a po dwóch latach robienia filmów, widzę tych, którzy we mnie nie wierzyli. Obserwują mnie, czytają, podglądają. W niektórych przypadkach drwiące uśmiechy zastąpił respekt i propozycje. I pytania.

Wypuściłam pierwsze filmy dla kilku osób, dla zamkniętej grupy, dziś wyrzucam je na znanych platformach, kiedyś trafią na większe ekrany. I to będzie właśnie: „PIERDOLNIĘCIE”.

Nie w jeden dzień i całe szczęście!

„It’s not what you achieve in life, but who you become as a person due to those achievements” [Curtis Martin]

 

I na koniec, moja najświeższa lekcja, jesteś gotowa?

Moje osiągnięcia mają znacznie szerszą skalę niż tylko „SUKCES” lub „ PORAŻKA”. Moje / Twoje / nasze. 

JEZU! To takie proste, że aż boli, ale Ty, Perfekcjonistko, zrozumiesz mnie doskonale. To, że nie masz (jeszcze) miliona obserwatorów na Instagramie, nie oznacza, że to nie jest Twój sukces. To, że nie zarabiasz milionów na tym, co robisz od kilku lat, nie oznacza, że to nie jest Twój sukces. Ważne jest to, jak TY się czujesz z tym, co robisz, Ty i tylko Ty, nie porównując się do innych i pomijając w tym wszystkim liczby. Poza tym: to proces. Wiesz o czym mówię?

Dziś, czuję się świetnie. I zamierzam to kontynuować. A jeśli opadnie pył i już nie będę miała frajdy z tego, co robię teraz – znajdę nowe zajęcie. I włożę w to tyle serducha, ile zawsze. Zawsze sto pro.

 


Piszę to dziś dla kilku kobiet, które znam, z którymi mam bezpośredni kontakt albo o których wiem, że to przeczytają. Bo same walczą z tym samym. 

I piszę to dla siebie, bo ja sama mam takie dni, kiedy myślę, że stoję w miejscu. Nie stoję. Juz od kilku lat nie stoję. I to będzie mój dowód, linia na ścianie, dla pokoleń.


K.

 

zdjęcie: viabirdie.com

28 myśli na 28 urodziny (not)

To pierwszy raz, kiedy czuję, że jestem we właściwym czasie i we właściwym miejscu. Że wszystkie drogi i cały wysiłek ostatnich lat właśnie zbiegły się w jedno. Że idę w dobrym kierunku, i że wszystko czego mi jeszcze brakuje to kwestia doświadczenia. Odkryłam, że mogę wzruszać ludzi, trafiać w ich serducha i – że sprawia mi to frajdę. W końcu: namacalnie poczułam, że mogę osiągnąć to, co sobie w głowie stworzyłam. Mam to na wyciągnięcie ręki. 

Mam 28 lat i w końcu nadszedł spokój. 

 

Nie zadręczam się tym co już *POWINNAM*, bo to TEN WIEK. Nie męczy nawet to, że nie osiągnęłam tego, co ja sama sobie kilka lat temu narzuciłam. Bo po drodze odkryłam nowe rzeczy, skupiłam na nich całą swoją energię, porzucając dla nich te stare. Ale to te stare doprowadziły mnie do tych, które są teraz. To takie proste!

Mam spokój.

 

W dupie mam co sobie ludzie pomyślą. Czy brwi mam takie jak trzeba, czy może ktoś uzna, że ten kolor szminki do tej sytuacji jest nieodpowiedni. Czy nie śmieję się za głośno, czy to wypada tak pokłócić się z mężem na ulicy i czy wszyscy już widzieli mojego pryszcza?! To nie mój problem. Boże jaka to ulga nie myśleć za innych!

Spokój.

 

Wielu rzeczy nie wiem, wielu nie umiem, popełniam mnóstwo błędów i nie zamierzam popełniać ich wcale mniej. Mogę jedynie postarać się nie popełniać tych samych, ale to nie to, żebym żałowała. Każde nowe doświadczenie uczy mnie pokory, a jednocześnie budzi jeszcze większą wolę walki (choć to czasem nadchodzi dopiero po chwili). Każda nowa próba ugłaskuje mój perfekcjonizm. Nabieram dystansu.

 

Spokój.

 

Mam czasem dni, w których sensu nie widać, w których tłamszone uczucia duszą mnie od środka i kompletnie nie radzę sobie z emocjami. UCZĘ SIĘ być dla siebie dobra. Uczę się troszczyć o siebie. Uczę się dawać sobie pozwolenie na odpoczynek, na smutek, na złość. Uczę się mówić o swoich potrzebach.

Pojawia się spokój.

 

Martwię się czasem jak będzie. Czy damy radę, czy nasz plan wypali, czy znajdziemy w końcu to czego szukamy. Martwię się o pieniądze, o zdrowie, o rodzinę, o milion rzeczy, których połowa nigdy się nie wydarzy. Ale zaraz po tym pogadam chwilę z kimś, kto mnie bardzo wspiera i to mija. I znów czuję to, co teraz:

I AM UNSTOPPABLE.

 

Ja naprawdę czuję, że dopiero się rozgrzewam, ale rozgrzewam tak już na dobre. Mój Boże, to smaczniejsze niż najsmaczniejsze białe trufle z ginem i limonką jakie jadłam!

Mam 28 lat i idę po swoje.

 
K.

 

ps / na urodziny dostałam szczepionki i – uwaga! – 200 subskrybentów na moim kanale! DZIĘKUJĘ!!

krótka notka o perfekcjonizmie

ponad wszystko stawiam sobie za cel, żeby być prawdziwą. i kiedy po raz sama-nie-wiem-już-który miałam tysiąc wątpliwości wypuszczając kolejny swój film, stwierdziłam, że już bardziej naga być nie mogę. że jeśli wybebeszam się ze swoich uczuć przed kamerą to już tylko zostaje mi napisać Ci o swoich strachach i trupach w szafie. to drugie innym razem, okej?

bo ja się cały czas obawiam, wrzucając każdy swój kolejny film. czy jest dość dobry? czy można coś z niego wynieść? czy do kogoś to dotrze? czy sprawi, że ktoś po drugiej stronie się chociaż uśmiechnie? co z tym dźwiękiem do cholery jasnej i czy mówi się “wiele” czy “wielu”??

dokładnie tak było z TYM filmem. i wtedy właśnie stworzyłam to:

PROCES ROBIENIA FILMU (by KNLK): 

  1. mam pomysł, który uznaję za niezły
  2. rozplanowuję tekst i ujęcia, nakręcam się i cieszę 
  3. zaczynam nagrywać, napotykam pierwsze trudności i – wątpliwości
  4. nagrywam – zrzucam, przeglądam, odsłuchuję – poprawiam
  5. edytuję – Boże to nie ma sensu!
  6. domykając, piszę do M: obejrzysz? bo to chyba się kupy nie trzyma
  7. M: trzyma się, wrzucaj!
  8. wrzucam. zamykam laptopa i uciekam, przez kilka godzin nie obserwując co się wydarza.
  9. planuję kolejny film. LEPSZY.

to jest właśnie mój perfekcjonizm. mój własny, a już i tak oswojony, bo przecież i tak wrzucam i robię dalej i tak już prawie dwa lata. jestem nieobiektywna i nigdy nie będę. za dużo pracy i  za dużo serducha w to wkładam, żeby spojrzeć na to co robię jak Ty czy ona czy on.

piszę to wszystko z dwóch powodów:

zawzięłam się i postanowiłam, że będzie mnie więcej, bo przecież jeśli chcę być prawdziwa (z perfekcjonizmem czy nie) to muszę przede wszystkim BYĆ. dla ciebie, tu i teraz.

nie wiem kiedy osiągnę to co sobie założyłam, ale nadal idę. powoli, powolutku, ale idę. jak mówi moja przyjaciółka: zmieniam plany w nieskończoność, ciągle, aż się pogubić można i ja sama się w tym czasem gubię! ale idę. i jeszcze: robię to po swojemu, nie naginam się do nikogo i z nikim nie konkuruję. a to największa wolność, jaką mogę sobie dać.

 

a Ty? jak to jest u Ciebie z tym perfekcjonizmem?

K.

 

ps / oprócz YouTube, znajdziesz mnie tu i tutaj. do zobaczenia!

inny wymiar małżeństwa

Nie wzięłam ślubu po to, żeby rzucić wszystko i tylko być u boku swojego męża. Nie wzięłam ślubu po to, żeby już za chwilę wziąć kredyt i rodzić dzieci, bo taka jest kolej rzeczy, bo to czas, bo tego się ode mnie oczekuje. Wreszcie: nie wzięłam ślubu po to, żeby go przy sobie zatrzymać.

Jesteśmy razem, bo tego chcemy. Na dobre i złe, w słońcu i w niepogodzie. Wspieramy się i chcemy dla siebie jak najlepiej. Uczymy się siebie nieustannie i dbamy o to, żeby żadne z nas nie czuło, że poświęca się dla drugiego. Pewnie dlatego na dzień dzisiejszy żyjemy na odległość. Bo ja potrzebowałam zmian, a on to rozumiał.

Małżeństwo nigdy nie było dla mnie celem życiowym. Dla mnie, ta obrączka na palcu to tylko dopełnienie naszej relacji, którą ciężko wypracowaliśmy przez ostatnie lata, i nad którą nadal każdego dnia pracujemy.

Mnóstwo ludzi gratuluje mi, pyta, jak się czuję w tej nowej roli. Jakiej roli? Czy przypadkiem nie jest tak, że myśląc „żona”, myślimy zaraz o obowiązkach, które miałabym wypełniać wobec mojego męża? Nie mieści mi się to w głowie. Jestem tą samą Katarzyną co wcześniej, mam te same marzenia i plany i najwspanialszego człowieka u mojego boku, z tą tylko różnicą, że ładnie mu z tym złotem na palcu. Nadal nie myję okien i nie prasuję, gotuję kiedy mam czas i chęci, dla siebie i dla NAS, kiedy on jest tu ze mną. Pracuję na swój sukces, ZAPIEPRZAM i pomagam mu jeśli tylko mnie potrzebuje i działa to tak samo w dwie strony. Jedyny przywilej o jakim myślę jako ŻONA to to, że mogę go nazwać swoim mężem. I tu nie chodzi o kwestię posiadania. To po prostu ładne słowo jest. I – mówiąc to – czuję, że jesteśmy tacy dorośli. Choć nadal tak cholernie beztroscy w tym wszystkim.

Marzy mi się, żeby małżeństwo przestało być kojarzone z obowiązkami, ograniczeniami albo z udręką dnia codziennego. Nie żyjemy w świecie skrajności: sami je sobie tworzymy. Kiedyś ślub był celem sam w sobie, nie-mężatki postrzegano w kategoriach „nie udało jej się”. Dziś z małżeństwa się kpi, bo to takie ograniczające i kojarzy się tylko z pierdzeniem pod kołdrą i awanturami o wszystko. Serio. Pomiędzy jednym a drugim jest jeszcze cały piękny wszechświat. I cieszę się, że jest mi dane odkrywać go na co dzień.

I na boga! Dziewczyny! Wspierajmy się, a nie dzielmy tylko na podstawie tego, czy któraś kogoś ma, czy z kimś sypia, czy chce mieć dzieci czy nie. Cheers for that!

 

„Mona Lisa Smile” (2003). Polecam, Katarzyna Anielak

(Anielak-Mackiewicz, choć nadal się do tego przyzwyczajam)

 

ps / zdjęcie nas wykonała Kamila Gołębiewska: viabirdie.com.

gdzie jestem teraz

To nie tak, że mnie tu nie ma.

Bardzo dużo myślę ostatnio o tej mojej stronie, o tym co robiłam rok temu, jakie plany snułam wtedy. Wspominam przepisy, zdjęcia, przeglądam swój kanał YouTube, odpalam filmy i chce mi się beczeć. Serio. Łzy stają mi w gardle bo czuję, że coś zaprzepaściłam. Że się cofnęłam i trochę nie wiem jak znów do tego wrócić. Chcę bardzo i nie wiem jak.

A jednocześnie wyklarowała mi się wizja tego, do czego dążę. Super było gotować i robić przepisy, zdjęcia, bawić się tym i dzielić się tym z Tobą. Całe moje serducho nadal pozostaje przy naturalnym i prostym jedzeniu i wróciłam też do mojego ukochanego szlajania się po knajpach i próbowania nowych rzeczy. Ale to nie wszystko.

“There is so much more than just a food”. Po tym, jak podjęłam się zrobienia serii filmów o mojej historii, nadeszło znacznie więcej. Nadeszły rozmowy i dużo przemyśleń na temat kobiecości, dziewczyńskiej solidarności, feminizmu. Dużo obserwowałam i nadal obserwuję. Widzę. Słucham. Chcę więcej.

Zaczęłam kleić filmy związane już nie tylko z jedzeniem i mam w głowie coraz więcej obrazków, które chcę zrealizować. Na które nie mam czasu albo wystarczająco motywacji, albo odwagi. Wynajduję sobie powody i wymówki, przez które – w moim odczuciu – nadal nie mogę zacząć robić filmów na serio. Nadal nie czuję, że mogę, że one są wystarczające.

I nie piszę tego po to, żeby się użalać. Wyrzucam z siebie wszystko to, co się nagromadziło. Wybebeszam się emocjonalnie, bo czuję, że nadchodzi nowe. Że dojrzałam do tego, żeby zawalczyć o to, o czym tak marzę od roku.

I w końcu: chcę Ci pokazać proces. Chcę Ci pokazać, że nic się nie dzieje z dnia na dzień, że wszystko do czego dążysz rozkłada się na tysiąc etapów i wiele z nich jest cholernie trudnych, a najtrudniejsza jest własna głowa.

Na koniec nie napiszę Ci: “zapraszam na nowy film w każdy czwartek o 17”. Jeszcze nie.

Ale wiedz, że pracuję nad tym. I dopnę swego.

 

Jeśli chcesz uczestniczyć ze mną w tej drodze, najczęściej pojawiam się na Instagramie, czasem naskrobię coś więcej na Facebooku. Na Insta jest więcej prywaty, ładne rzeczy i krótkie Stories każdego dnia. Wszystkie moje filmy, starsze i najnowsze oraz wszystko to co nadchodzi, jest na moim kanale YouTube.

I zawsze powtarzam: gdzieś trzeba zacząć. Dla mnie ta strona, tak jak i pierwsze filmy, były ważnym początkiem i do dziś z rozrzewnieniem wracam do nich i widzę jak się zmieniłam. Ja i moje rzeczy, które tworzę. Bez tego nigdy nie doceniłabym siebie.

 

Idę. Widzimy się!

K.

dlaczego wróciłam do Polski?

Minął miesiąc. Nie mogłam się zabrać do pisania i trochę nadal nie wiem jak to wszystko zebrać w jakąś sensowną całość, więc dzielę się moimi zapiskami. Zaczynałam pisać trzy razy i te trzy razy wrzucam. Są dość chaotyczne jak moje życie tutaj. Nadal. Tak.

 

1.

Jestem. Żyję i chłonę starą – nową rzeczywistość całą sobą, dziwiąc się wszystkiemu jak dziecko. Próbuję oswoić się z tym tempem, dogonić tych wszystkich ludzi, którzy ciągle gdzieś biegną i jeśli coś mówią to takstrasznieszybko. Przyzwyczajam się do zgiełku miasta, który mam za oknem i który zafundował mi nieprzespane pierwsze noce. Dostaję oczopląsu na ilość ludzi na chodnikach i przejściach dla pieszych, kiedy tak stoję ze swoim rowerem czekając na zielone. Jestem człowiekiem, który po trzech latach w (prawie) lesie wraca do miasta. Uczę się Warszawy na nowo. Kosmos, mówię Ci! 

 

Po równym co do dnia miesiącu jestem turystką. Już może nie człowiekiem z lasu, ale nadal nie tym, który mieszkał tu przecież pięć lat. Odstaję i nie przeszkadza mi to ani trochę. Ale równocześnie czuję, że tu przynależę. Uśmiecham się czasem pod nosem na zasłyszane gdzieś obok rozmowy, zagaduję starszych ludzi kupując od nich warzywa i tylko milczę, kiedy słyszę ton tych, którzy wyżywają na innych swoje frustracje. Ja to wszystko tak bardzo znam. I nawet jeśli do końca nie rozumiem, nawet, jeśli ja reaguję czy zachowuję się inaczej, to znam to. W jakimś stopniu też jestem właśnie taka.

Emigracja nauczyła mnie jednego: jestem jak inni Polacy. Mniej lub bardziej – jestem. I już do końca życia będę się w myślach uśmiechać do tych co zaperzają się mówiąc, że oni “nie są typowymi Polakami”. Bo oni jeszcze nie wiedzą, że to tak bardzo polskie.

 

2.

Nie oczekuję, że to zrozumiesz. Nie piszę tego też po to, żeby się wytłumaczyć. To są moje, w pełni świadome decyzje i proces, którym się dzielę. Bo może i Ty się męczysz i nie wiesz co robić i szukasz rozwiązań? 

DLACZEGO WRÓCIŁAM DO POLSKI

Poprzednim razem pisałam o tym, jak to się stało, że wyjechałam z Polski. I wydawać by się mogło, że ta jedna decyzja zapewni mi życie w krainie szczęśliwości do końca życia. Zaskoczę Cię – bo znów – to tak nie działa. A już na pewno nie w moim przypadku. 

Tuż przed wyjazdem z Norwegii rozmawiałam ze znajomą. Mówi mi, że ona się tam odnalazła. I ja to totalnie rozumiem, bo mówiłam dokładnie to samo – dwa lata temu. Było mi tam dobrze, bezpiecznie, spokojnie, pożegnałam dawne trupy z szafy i – robiąc wiele wiele rzeczy, z którymi miałam styczność po raz pierwszy w życiu – nabrałam pewności siebie i siły. Odwaliłam kawał dobrej roboty, której nie widać, tej nażmudniejszej – pracy nad sobą i swoimi zachowaniami, które z czegoś przecież wynikały, ale miały raczej negatywny wpływ na moich najbliższych. Na własnej skórze przekonałam się jak to jest mieć swoją firmę, prowadzić księgowość, tworzyć stronę, budować markę czy nawet biznes online. Umiem szlifować, frezować i wyliczać zwrot ROI z inwestycji. Nauczyłam się robić filmy i pokochałam to całym serduchem. Dowiedziałam się o sobie samej nowych rzeczy i wiem już, że mogę więcej. I po coś to wszystko było. Ale. To nie jest stan constans. Ja się zmieniam. 

I nie mam tu na myśli tego kręgosłupa moralnego czy największych planów, które mam jak obrazki porozlejane w mojej głowie. Mam tu na myśli mniejsze rzeczy, ale nadal – priorytety. To też kwestia tej elastyczności, którą dobrze jest jednak w sobie mieć jeśli chce się zrobić swoje. Bo nie zawsze da się po najprostszej linii i nie zawsze ma to sens. 

Więc wracam i choć nie wiem na jak długo – będę walczyć dalej. Będę walczyć tu i w każdym innym nowym miejscu.

Powiedziałam jej – tej znajomej – że mam nadzieję, że tak już będzie zawsze. Że zawsze już będę miała potrzebę zmian, potrzebę dążenia do *więcej*, *lepiej*, *mocniej*. Że nie chcę stanąć w miejscu. Nawet jeśli będzie to oznaczało tułanie się po różnych krajach przez kilka najbliższych lat. 

 

Pisałam to, żeby zrzucić z siebie to zdziwienie ludzi, z którymi dzieliłam się swoimi planami. Nie było ich wielu, bo Ci, którzy są ze mną najbliżej wiedzieli, że zmiany są mi potrzebne i bardzo mnie wspierali za co ogromnie im dziękuję. To oni naładowali mnie spokojem i wiarą w to, że to moje 50/50 strachu i ekscytacji to dobry objaw.

A później, będąc już tu, poczułam, że to czas i miejsce. Teraz tylko muszę to do cna wykorzystać.

 

3.

Dokładnie cztery lata temu byłam już na wylocie z Warszawy, zamykając studia i szykując się na Londyn, z założeniem, że w końcu spróbuję pracy na kuchni. Rok temu, mieszkając w pięknej wioseczce w Norwegii, zaczęłam swoją przygodę z filmami, najpierw nagrywając newslettery w których gotowałam i mówiłam o jedzeniu, później publikując już znacznie więcej i częściej. Tydzień temu wróciłam do Warszawy. Pracuję w miejscu, które sobie wymarzyłam i powoli rozkręcam się ze swoją listą filmów, które chcę tutaj zrealizować.

 

Znalazłam swoje stare zapiski jeszcze z czasów studiów. Przeczytałam. Przypomniałam sobie siebie i to, z czym wtedy walczyłam. Przypomniałam sobie moje trupy z szafy, nieudane relacje, zagubienie i autodestrukcję. I znalazłam też zapiski odnośnie mojej decyzji o wyjeździe i te totalnie abstrakcyjne na tamten czas wizje upragnionego związku. Spojrzałam na M, który siedział obok i pobeczałam się w głos. Bo po tych kilku latach wreszcie dotarło do mnie, że to moja praca doprowadziła mnie tu gdzie jestem i do tego, co mam teraz, niematerialnie. Że to moja robota i nikt mi tego nie odbierze. Że jestem o milion lat świetlnych od tego, co wtedy, nawet jeśli Ty znów widzisz mnie w Warszawie i myślisz, że wróciłam do tego co robiłam wcześniej. Że wróciłam, bo “mi się nie udało”. Udało się. I właśnie dlatego znów tu jestem.

 

K.

2017.

jedna decyzja

Okej. Historia.

Lat temu cztery mieszkałam w Warszawie. Mieszkałam, studiowałam, pracowałam i męczyłam się strasznie. Sama ze sobą, głównie, ale też z ludźmi, a ludzie męczyli się ze mną. Byłam sfrustrowaną zimną suką, nie umiałam tworzyć związków ani dbać o relacje, poza *momentami* nie miałam chyba żadnej frajdy z tego co mnie otaczało. Miałam podrygi ćwiczeń, podrygi dobrych dni, podrygi miłosci do świata i ludzi. Miałam rutynę, którą się dusiłam. Kręciłam się w kółko w tym samym ciągle środowisku. Wieczorami, pracę magisterską zapijałam butelkami czerwonego wina. Porankami ratowałam się muzyką na słuchawkach. Jeśli miałabym użyć jednego tylko słowa na określenie tamtych czasów, byłoby to słowo: pustka. Nikogo nie obchodzi co było tego powodem, więc idźmy dalej.

Nie było żadnego dnia przełomowego. Bez fajerwerków, bez traumatycznego przeżycia, powoli zaczęło docierać do mnie, że muszę coś zmienić. Nie tylko MUSZĘ, ale: MOGĘ. Nie dbam o to jak dziwacznie to zabrzmi, ale miałam w głowie przeświadczenie, że jak tylko podejmę decyzję i będę konsekwentna – wszystko się ułoży. I wtedy nadszedł spokój. 

Podjęłam decyzję o wyjeździe z Polski. Wiedziałam, że życie lubi płatać figle, więc z góry obiecałam sobie, że nawet jeśli kogoś poznam – nie rzucę swoich planów dla niego. Mam nawet zapis w dokumencie, który wtedy jeszcze uzupełniałam w najsłabsze dni:

„Za pół roku, planując już Londyn, poznam Kogoś. Ważnego, fajnego, przy którym wreszcie coś poczuję. A ja nie będę w stanie się cofnąć. Bo jak się cofnę, ten Ktoś okaże się kolejną pomyłką i kolejne swoje plany zaprzepaszczę na rzecz jakiegoś Dupka. I nie będę się wcale cieszyć z tej wolności Tam, bo On będzie Tu. Bez- amen. Ale tak właśnie będzie.”

I tak właśnie było. Ale ta akurat historia ma dobre zakończenie.


Kiedy już docierasz do tego momenu i wiesz, że czas coś zmienić, pamiętaj: nie ma złych decyzji. To nie jest tak, że masz tylko jedną możliwość i, że to musi być JEDYNA SŁUSZNA decyzja i to taka, która od razu gdzieś Cię zaprowadzi. To tak nie działa. Musisz się ruszyć z miejsca. Ta pierwsza decyzja – jaka by nie była – gdzieś Cię doprowadzi. I stamtąd już o wiele łatwiej będzie Ci znów gdzieś ruszyć, bo już raz to zrobiłaś/eś. Później zostaje Ci tylko powtarzać to w kółko, aż dojdziesz tam, gdzie sobie założyłaś/eś. Po drodze i tak zmienisz wizję milion razy, będziesz musiała/ał dostosowywać się do zastanych sytuacji i ludzi, ale w życiu nie chodzi przecież o to, żeby przejść je najprostszą drogą, prawda?

Mam wokół siebie kilka wspaniałych kobiet. I tak jak my wszystkie, one też mają swoje przemyślenia, wątpliwości, obawy i problemy. I chcą coś zmienić i się boją, i próbują i nadal twierdzą, że za mało. Regularnie się nie doceniają i zapominają o tym, jakie są silne i ile przeszły. I nie byłoby ich dziś przy mnie i nie mogłabym dać im swojego wsparcia gdyby nie ta jedna decyzja o wyjeździe. Bo to był mój mały wielki początek niekończącej się pracy nad sobą i zmian.

Jeśli ja mogę – to i Ty. Ruszaj.

 

K.

pasztet z zielonej soczewicy

Proszę Państwa, oto pasztet.

Rok temu, kiedy jeszcze mieszkaliśmy na norweskiej wsi, nasza przemiła sąsiadka przynosiła mi książki i magazyny co bym mogła poczytać i pouczyć się języka. Czytałyśmy więc “Narnię”, artykuły w gazetce i od czasu do czasu, z okazji Świąt lub innych wydarzeń, zabierałyśmy się za przepisy i inne tradycje. I tak razu pewnego w me ręce trafiła książka z 1984 roku, ‘Vegetarisk kokebok’ by Inga-Britta Sundqvist, z przepisami wegetariańskimi, ale było w niej też mnóstwo opcji wegańskich. Ten tutaj to oryginalnie przepis na kotlety, który wsadziłam w foremkę i zapiekłam. Wyszedł nie tylko smaczny, ale też dość mokry i nie rozpadający się. Bardzo sycący, muszę powiedzieć.

Jeśli jesteś tu ze mną już jakiś czas to wiesz, że lubię kuchnię roślinną i tego typu rzeczy z mojej strony nikogo już nie dziwią. Ale jeśli moja najbliższa przyjaciółka- która od mięsa nie stroni- robi ten pasztet średnio raz na dwa miesiące to chyba dobra rekomendacja, prawda?

Polecam kiedy nie masz nic na kanapki. I na stół Wielkanocny, jako alternatywę dla mięs też polecam.


PASZTET SOCZEWICOWY

2 szklanki ugotowanej zielonej soczewicy

2 duże ziemniaki (ugotowane)

cebula + czosnek (kilka ząbków)

upieczona marchewka*

2 łyżki zmielonego siemienia lnianego (+ 6 łyżek ciepłej wody)

olej roślinny – w sumie z pół szklanki (do smażenia i do ciasta)

2-3 łyżki mąki bezglutenowej lub skrobi

tymianek lub majeranek, liść laurowy, sól, pieprz i wędzona papryka

 

Cebulę podsmaż na oleju, dodając liście laurowe i czosnek. Nie sól, bo zgorzknieje (dziwne słowo!). Przestudź. Siemię lniane namocz chwilę, aż powstanie glut. Papryka wędzona jest istotnym składnikiem i robi różnicę. Prawdę mówię.

Wszystkie składniki łączyłam i za pomocą blendera i używając maszynki do mielenia. Śmiem twierdzić, że druga opcja jest nawet lepsza, ale blender też da radę. Masa będzie gęsta (jak na kotlety fasolowe na przykład), dodaj ulubioną mąkę bezglutenową jeśli jest za mało zbita. Wyłóż do foremki wyłożonej papierem do pieczenia i piecz ok 50 minut w 170 (góra-dół, bez wentylatora). Najlepiej, jeśli zostawisz pasztet w tym ciepłym piekarniku do rana.

*Marchewkę możesz zastąpić jakimś słodzikiem – miodem lub odrobiną syropu z agawy, dla wyrównania smaków.

 

Jest pycha z masłem roślinnym i musztardą, z jaglanym majonezem z wasabi i sam, bez niczego. Skórka chrupie, środek jest mokry. Pasztet idealny.

 

To co? Wesołych Świąt Wielkanocnych!

K.