Skip to content

nie – relacja z Tajlandii

Ludzie są dla mnie nieskończonym źródłem wkurwienia i fascynacji.

Ale fascynacji. Dziś piszę o fascynacji właśnie.

 

Zawsze jak gdzieś jedziemy – nieważne, czy do sklepu oddalonego o pińć kilometrów czy do nowego kraju, na który zerkam z góry przez okienko samolotu – zastanawiam się jak żyją ludzie. Na kilka minut przed lądowaniem wypatruję samochód na autostradzie, śledzę go wzrokiem wyobrażając sobie ludzi w nim jadących, ich cel, ich codzienność. Fanscynuje mnie to, jak żyją ludzie. Czym żyją. Z czym się zmagają, z czego się cieszą. Fancynują mnie ludzkie historie. Mam pewne podejrzenia, że zawsze tak miałam. I po pierwszym miesiącu w podróży, miesiącu w Tajlandii chcę tylko więcej.

Najmilej wspominać będę te ciemne poranki w Chiang Mai, kiedy przed szóstą wychodziliśmy na spacer i nagrywanie. Po drodze mijaliśmy ludzi, którzy otwierali swoje budki, odpalali zmechanizowane stoiska z poranną zupą. Docieraliśmy do bazaru jak się rozjaśniało, tubylcy kupowali jedzenie w torebkach i wsiadali na skutery, Pan smażyl placki, Pani siekała mięso, inna smażyła chińskie racuchy, każdy skupiony na swoim zadaniu. Nie czuliśmy się tam obcy, nikomu nie przeszkadzaliśmy, ale za każdym razem jak o coś pytaliśmy – zawsze znalazł się ktoś kto był nam w stanie pomóc. Zawsze. Nawet kiedy już w Pai popsułam statyw i M poprosił partnera Naszej-Pani-Od-Szejków o kombinerki. Tak zwyczajnie, siedząc w knajpie i rozmawiając, jak człowiek z człowiekiem. To będę wspominać. 

I uśmiech. Milion uśmiechów, każdy inny i nawet te w stylu „nie wiem o co jej chodzi, ale też się uśmiechnę” są po prostu miłe.

I przestrzeń dla drugiego człowieka. W Tajlandii nie ma szturchania w kolejce, potrącania innych mijając się na naprawdę wąskich chodnikach. Jeden ustępuje drugiemu.

I ta pracowitość. Od rana do późnego wieczora.

I te kobiety. Pędzące na skuterach z milionem bagaży między nogami. Lub dzieckiem. Lub dzieckiem i bagażami. Nieustraszone. Ciężko pracujące na równi z mężczyznami.

I za tym poczuciem bezpieczeństwa. Spokojem. Każdy ma swoją przestrzeń, na której jest skupiony.

I za tymi świątyniami, przed którymi każdego ranka zapach kadzideł miesza się z zapachem gotowanego ryżu.

I za bułkami ze słodkim nadzieniem z fasoli.

I za mnichami, którzy w pomarańczowych szatach co rano gęsiego wyruszają w miasto. B o s o !

I za bułkami ze słodkim nadzieniem z fasoli.

I nawet za tym ich targowaniem, negocjowaniem każdej, ale to każdej ceny.

I za buł.. Ach! Za tymi zupami aż gęstymi od ilości owoców morza i świeżych przypraw, za bananami pieczonymi, suszonymi, grilowanymi, tymi ukrytymi w klejącym słodkim ryżu i usmażonymi w ryżu matcha. Za pierożkami (a było ich trylion rodzajów!) i kilogramami ryżu z jajkiem (jem w kółko po dziś dzień).

Wszystko co zjedliśmy, nieważne czy w *restauracji* czy w budzie na ulicy – miało sens. Przygotowane przez wprawione dłonie, doprawione latami doświadczenia i – życzliwością – jak mniemam.

Mimo najciekawszych nowych doznań smakowych, stęskniłam się za: kaszą gryczaną, świeżymi warzywami, chlebem i hummusem. Myślę, że inaczej traktujesz nowe dania, jeśli wybierasz się do Azji na dwa tygodnie, a inne masz podejście kiedy wiesz, ze przed Tobą jakieś pół roku z jedną wielką niewiadomą jeśli chodzi o jedzenie.

I tak, po trzech tygodniach jedzenia tylko lokalnie, poszliśmy na pizzę.

///

 

W podróży uczę się tego, że nie da się wszystkiego zaplanować i tylko otwarta głowa i dystans może nas uratować. Staram się – nadal się staram, bo to nie przychodzi z dnia na dzień – nie ograniczać jeśli chodzi o próbowanie nowych rzeczy, staram się nie oceniać zbyt szybko miejsc, ludzi ani sytuacji. Jestem wrażliwsza na reakcje otoczenia, uważniejsza jeśli chodzi o skanowanie otoczenia, szczególnie jeśli podróżujemy z wszystkimi naszymi plecakami. Uczę się rozmawiać z ludźmi, uczę się podtrzymywać rozmowę, a nie wycofywać się po krótkiej wymianie zdań. W ten sposób poznajemy nowych niesamowitych ludzi i ich historie i nie wierzę w to, że którekolwiek z tych spotkań jest dziełem przypadku. Nie ma przypadków. Wszystko układa się tak, jak powinno.

Do zobaczenia, Tajlandio. Jedziemy dalej!

K.

 

2 komentarze

  1. mam wrażenie, że to podróże właśnie uczą mnie jak otwierać się na nowe rzeczy i po prostu poznawać, cieszyć się tą chwilą i robić coś, mimo iż czasem wychodzi to poza strefę komfortu. bo naprawdę warto, lepiej coś zrobić niż nie i potem o tym myśleć, żałować. trzeba łapać okazje, łapać te wszystkie chwile 🙂
    piękny wpis, przemawia do mojego serducha, bo podczas mojej pierwszej dalszej podróży sama odkryłam, że ja tak bardzo lubię fotografować ludzi, robić portery – te wcale nie pozowane, gdy tak po prostu sobie żyją, swoją codzienną rutyną, a ich oczy, wyraz twarzy, ciało, gesty, stroje, opowiadają historie, których nie zapomina się do końca życia 🙂 bezcenne.

    • kanielak kanielak

      jest dokładnie tak, jak piszesz, Daria. podróże to nabieranie dystansu, ale też pokory. plus czasem mocne przewartościowanie priorytetów: dopóki nie dotarłam do Kambodży, myślałam, że wiem czym jest ubóstwo. nic nie wiedziałam. i nadal nie wiem nic, dopiero poznaję, odkrywam, małymi kroczkami wyczuwam grunt i się uczę. to taka przyspieszona szkoła życia, którą polecam i polecać będę każdemu.

      Twoja wycieczka do Chin – wspaniała! i koniecznie kontynuuj łapanie chwil z ludźmi, idzie Ci to świetnie! <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *