Skip to content

minimalizm w głowie

W liceum, to ja byłam tą dziewczyną, której ubrania się nigdy nie powtarzały. Stos sz(m)at przenosiłam co wieczór z łóżka na krzesło, co rano – z krzesła na łóżko, żeby zarządzić nową kombinację, w której pójdę do szkoły danego dnia, a kiedy Mama załamywała już ręce wpadając do mojego pokoju, upychałam to wszystko do szafy ze stoickim spokojem. Na studiach, to ja miałam szafę wypchaną po brzegi, każda przeprowadzka to było angażowanie Taty z samochodem, a każda, nawet najkrótsza podróż to była torba na kółkach, którą ledwo byłam w stanie unieść. A kiedy zaczęłam dobrze zarabiać, pieniądze wydawałam na ubrania na poszczególne okazje: na urodziny X, na wyjazd z Z do Y, na wigilię firmową – większość z tych rzeczy miałam na sobie raz, może dwa. Ale miałam! Przez całe swoje życie jestem też tą dziewczyną, która dzieli ubrania na te „lepsze” (aka: „do kościoła”!) i te, w których można chodzić na co dzień / po domu. Zatem wszystko razy dwa, prawie.

Minimalizm miał na mnie wpływ zupełnie niechcący, powoli przenikał do mojej codzienności podczas czterech lat mieszkania w Norwegii. Styl, proste formy, linie, jasne kolory i przemyślane kontrasty – to w kwestii wnętrz. Dużo nauczyliśmy się od naszych klientów, wiele rzeczy podejrzeliśmy. Wielu meblom daliśmy drugie życie: dostaliśmy je lub wykupiliśmy za bezcen. Wynikało to z naszej potrzeby mieszkania w przyjemnym otoczeniu i braku pieniędzy, tak po prostu. Więc eksperymentowaliśmy, wykorzystywaliśmy potencjał rzeczy używanych, powoli odnajdując nasz własny styl.

To przełożyło się też na moją szafę: więcej rzeczy oddawałam niż kupowałam, zaczęłam doceniać jakość, a nie ilość (szczególnie w kwestii butów, ale to już zasługa M), pozostałam wierna klasyce. O ubraniach będę pisać w kolejnym poście, zatem dalej:

W tamtym czasie, moje zbieractwo ograniczało się do skorup (talerzy, kubków, miseczek), sztućców i materiałów, których używałam do zdjęć jedzenia. Z tym uporałam się dopiero w Warszawie, tuż przed podróżą i też trochę przypadkiem.

I znam to uczucie sentymentu do danej rzeczy. Znam ten ścisk gardła, kiedy okazuje się, że plama z ulubionej bluzki nie schodzi, kiedy ulubiony (taki dobry do zdjęć!) kubek się zbije, kiedy ktoś miał coś pożyczyć i oddać, ale postanowił się już nigdy w Twoim życiu nie pojawić – wraz z TWOIMI rzeczami. To MOJE PRZECIEŻ. M O J E.

I nie wiem skąd to się bierze, ale rozgryzłam kilka przypadków i nie chcę wnikać więcej. Smutne są często powody wielkiej chęci posiadania.

U mnie, to nie terapia ani praca nad sobą były powodem wyzbycia się tej chęci posiadania. To przeprowadzki. I wyprowadzka. I podróż. Myślę, że stało się to trochę na odwrót: zaczęłam się pozbywać rzeczy, bo musiałam, później dopiero pojawiła się myśl, że mieć mniej – że to ma sens. Dołączyły do tego też refleksje i świadomość związane ze środowiskiem i naszym bezpośrednim wpływem na jego zanieczyszczenie i właśnie to przekonuje mnie do moich wyborów na co dzień. 

(Więcej o podróży też będzie w kolejnym poście, zatem cierpliwości 🙂

No dobra, ale co z tą zaradnością – spytasz. Zaradność to umiejętność radzenia sobie w różnych sytuacjach, to kreatywność, to szukanie rozwiązań wtedy, kiedy nie masz kasy, a mimo to chcesz jakoś wyglądać lub wyposażyć dom, tak? Zaradność w moim życiu idzie krok w krok z minimalizmem. Moja zaradność to:

Raz: rzeczy używane. Lumpeksy, ciucholandy, sklepy vintage, jak zwał tak zwał. Ubrania, dodatki, meble, sprzęty kuchenne, książki – za grosze. Za cenę, której tak naprawdę te rzeczy są warte, jak się nad tym głębiej zastanowisz. Nie płacisz za markę – płacisz za przedmiot. Przedmiot, którego będziesz używać, z którego będziesz korzystać, tak jak się z przedmiotów powinno korzystać, a nie chwalić się nimi, podnosząc swój pseudo status społeczny. Pardon. Musiałam.

Dwa: oddaj to, czego nie nosisz / nie używasz tym, którzy mają mniej niż Ty. Nasze przeprowadzki i budowanie życia w nowym kraju nauczyły mnie właśnie tego: korzystałam z tego, że ktoś miał więcej i mógł oddać coś za bezcen. Ale jeśli tylko dochodzę do tego momentu, że to ja mam więcej – dzielę się. Oddaję, sprzedaję za grosze, wymieniam. To takie „pay it forward”. To wspaniałe uczucie, uwierz mi. 

Trzy: jeśli nie umiesz się z czymś rozstać dziś, schowaj to. Po kilku tygodniach / miesiącach może się okazać, że już tego nie potrzebujesz (jak ja ponad połowy swoich ubrań, które zostały w domu przed podróżą).

Cztery: nie kupuj emocjonalnie (tyczy się również jedzenia!). To tylko rzeczy. Żadna z tych rzeczy nie stanowi o Twojej wartości. Nie staniesz się lepszym człowiekiem tylko dlatego, że masz na sobie t-shirt z metką, ani nie staniesz się gorszym, jeśli tej metki nie masz. End of a story.

Pięć: spójrz na to co masz z innej perspektywy / zmień coś. Może da się jednak tę wysychającą w lodówce połówkę kalafiora ukisić? Może resztki z wczorajszego obiadu schowasz w pierogi i nikt się nie zorientuje? Może da się odmalować to biurko? Może jak zetrzesz farbę z krzesła i użyjesz innego odcienia oleju – będzie zbliżone do tych „trendy” w tym sezonie, do których tak wzdychasz od miesiąca? Może da się przyciąć tę bluzkę i pokazać kawałek brzucha, bo latko? Może wciśniesz się jednak w te stare jeansy swojej mamy? Mój Boże, to taka frajda!

Sześć: kombinuj z tym co masz i baw się! Łącz ubrania na nowe sposoby, przestawiaj meble w nieskończoność, rób obiad z resztek, zamiast je wyrzucać. Wykorzystuj to, co masz. Doceń, to co masz.

Siedem: a w zasadzie to numer jeden. Kupuj mniej. Zastanów się, czy NAPRAWDĘ potrzebujesz kolejnej bluzki? Spodni, bo są modne w tym sezonie i mają je wszyscy? Sałaty, której nienawidzisz, ale po raz kolejny obiecujesz sobie, że od teraz to już tylko owoce i sałatki? Powiedz: co Ci to daje, to kupowanie?

 

Dla mnie, Kanada jest mentalnie nowym startem. Napatrzyłam się na plaże, na które z każdą falą zwalały się tony śmieci, na ludzi którzy beztrosko wyrzucają torebki tam, gdzie stoją, dziś patrzę na sześciopasmowe autostrady, po których pędzi milion samochodów każdego dnia. Wiem, że minimalizm to słuszny kierunek. Trzymam się więc tych kilku zasad, uczę się i rozwijam, popełniam błędy i idę czasem na łatwiznę, ale nadal jestem dumna ze swoich postępów w ograniczaniu rzeczy materialnych. Dzięki temu czuję, że w głowie mam jakby więcej przestrzeni. A w sercu wolność <3

Był to mój pierwszy post o minimalizmie, a tym samym najdłuższy post, jaki wydałam na świat. Cóż. Różne są drogi do celu. Powodzenia!

 

 

 

Ps / to niestety nie jest tak, że oddaliśmy wszystko tuż przed podróżą. Większość kuchennych rzeczy przejęła moja Mama, część rzeczy staramy się nadal sprzedać, a ubrania – według zasady numer trzy – zamierzam przetrzepać i oddać jak tylko wpadnę do domu, w okolicach grudnia. To co? Może jakaś garażowa wyprzedaż tuż przed Świętami? 🙂 

Ps 2 / Myślę sobie, że nie wykorzystałam tematu kuchni i jedzenia, a tym samym zanieczyszczenia środowiska plastikiem, choć wydaje mi się, że w tym temacie w Internecie jest juz absolutnie wszystko. Jeśli jednak masz potrzebę rozwinięcia tego kierunku – daj znać!

2 komentarze

  1. Alicja Alicja

    Hej! Świetnie się czyta, fragment o „cztery lata w Norwegii” rany! Właśnie mija czwarty rok od kiedy mieszkam w Norwegii i kilka tygodni temu zaczęłam zastanawiać się po co mi tyle rzeczy i cieszyć się z moich darmowych zdobyczy 🙂 pozdrawiam Alicja, Ålesund – Norwegia 😉

    • kanielak kanielak

      Haha! Nie ma przypadków! 🙂 na pewno znasz już finn.no – można tam znaleźć perełki za bezcen 🙂 dzięki, że tu jesteś i do zobaczenia <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *