Skip to content

inny wymiar małżeństwa

Nie wzięłam ślubu po to, żeby rzucić wszystko i tylko być u boku swojego męża. Nie wzięłam ślubu po to, żeby już za chwilę wziąć kredyt i rodzić dzieci, bo taka jest kolej rzeczy, bo to czas, bo tego się ode mnie oczekuje. Wreszcie: nie wzięłam ślubu po to, żeby go przy sobie zatrzymać.

Jesteśmy razem, bo tego chcemy. Na dobre i złe, w słońcu i w niepogodzie. Wspieramy się i chcemy dla siebie jak najlepiej. Uczymy się siebie nieustannie i dbamy o to, żeby żadne z nas nie czuło, że poświęca się dla drugiego. Pewnie dlatego na dzień dzisiejszy żyjemy na odległość. Bo ja potrzebowałam zmian, a on to rozumiał.

Małżeństwo nigdy nie było dla mnie celem życiowym. Dla mnie, ta obrączka na palcu to tylko dopełnienie naszej relacji, którą ciężko wypracowaliśmy przez ostatnie lata, i nad którą nadal każdego dnia pracujemy.

Mnóstwo ludzi gratuluje mi, pyta, jak się czuję w tej nowej roli. Jakiej roli? Czy przypadkiem nie jest tak, że myśląc „żona”, myślimy zaraz o obowiązkach, które miałabym wypełniać wobec mojego męża? Nie mieści mi się to w głowie. Jestem tą samą Katarzyną co wcześniej, mam te same marzenia i plany i najwspanialszego człowieka u mojego boku, z tą tylko różnicą, że ładnie mu z tym złotem na palcu. Nadal nie myję okien i nie prasuję, gotuję kiedy mam czas i chęci, dla siebie i dla NAS, kiedy on jest tu ze mną. Pracuję na swój sukces, ZAPIEPRZAM i pomagam mu jeśli tylko mnie potrzebuje i działa to tak samo w dwie strony. Jedyny przywilej o jakim myślę jako ŻONA to to, że mogę go nazwać swoim mężem. I tu nie chodzi o kwestię posiadania. To po prostu ładne słowo jest. I – mówiąc to – czuję, że jesteśmy tacy dorośli. Choć nadal tak cholernie beztroscy w tym wszystkim.

Marzy mi się, żeby małżeństwo przestało być kojarzone z obowiązkami, ograniczeniami albo z udręką dnia codziennego. Nie żyjemy w świecie skrajności: sami je sobie tworzymy. Kiedyś ślub był celem sam w sobie, nie-mężatki postrzegano w kategoriach „nie udało jej się”. Dziś z małżeństwa się kpi, bo to takie ograniczające i kojarzy się tylko z pierdzeniem pod kołdrą i awanturami o wszystko. Serio. Pomiędzy jednym a drugim jest jeszcze cały piękny wszechświat. I cieszę się, że jest mi dane odkrywać go na co dzień.

I na boga! Dziewczyny! Wspierajmy się, a nie dzielmy tylko na podstawie tego, czy któraś kogoś ma, czy z kimś sypia, czy chce mieć dzieci czy nie. Cheers for that!

 

„Mona Lisa Smile” (2003). Polecam, Katarzyna Anielak

(Anielak-Mackiewicz, choć nadal się do tego przyzwyczajam)

 

ps / zdjęcie nas wykonała Kamila Gołębiewska: viabirdie.com.

2 komentarze

  1. Marysia Marysia

    Wiesz ja też tak mam. Kilka znanych mi osób także. Wszystkie nas łączy miasto pochodzenia. czasem się zastanawiam czy to taka dziwność, a może coś w tych północnych genach… 🙂

    • kanielak kanielak

      Marysiu, dopiero odkryłam Twój komentarz, wybacz! Dziękuję, że napisałaś, to szalenie ciekawe co piszesz, o tych północnych genach. Trzeba by zgłębić temat, razem! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *