Skip to content

felieton z Kanady

CO TO BYŁ ZA ROK!

Albo i dwa. Bo z końcem maja wybiją nam dwa lata w Kanadzie. Kraju, o którym rozmawialiśmy od lat, nadal jeszcze mieszkając w Norwegii, ale już wtedy, kiedy wiedzieliśmy doskonale, że Norwegia nie jest dla nas. Dodawaliśmy całą wiedzę jaką mieliśmy o północnej Ameryce i dzieliliśmy to przez rzeczywistość i wyobrażaliśmy sobie jak to będzie. Całą naszą podróż zaplanowaliśmy tak, żeby koniec końców wylądować w Kanadzie. Nie spodziewaliśmy się cudów. Ale nie mieliśmy pojęcia jak ciężko może być. 

I było. 

Nie mam ładnych słów na opisanie tego, co przeszliśmy, a i tak mam świadomość tego, że są ludzie, którzy mieli gorzej. I wiem, że jesteśmy uprzywilejowani, bo gdyby nie to, to już dawno musielibyśmy wrócić tam, skąd wyruszyliśmy. To była lekcja pokory, proszę państwa. Lekcja pod tytułem: „Wydaje wam się, że już wszystko wiecie, bo raz zamieszkaliście w obcym kraju i zwiedziliście kawałek świata? LOL. Nic nie wiecie.” 

Tak było. 

Czy jesteśmy mądrzejsi? Och, zdecydowanie! Teraz po prostu wiemy, że nic nie wiemy. Nie mamy pojęcia co będzie dalej i każdą nową sytuację traktujemy z przymrużeniem oka i ciekawością: gdzie nas to tym razem zaprowadzi? No bo powiedz mi: skąd masz pewność, co będzie jutro? Czy ktoś mógł przewidzieć ten dziwaczny shitshow, który wszyscy na całym świecie teraz obserwujemy? Shitshow – ładniejsza wersja słowa „rozpierdol”, nie ma za co, ten post nie mógł obejść się bez przekleństwa i nawet za to nie przepraszam. 

Czy czegoś się nauczyłam? Pokory. Wdzięczności za rzeczy najmniejsze. Bycia w tu i teraz, chociaż to jest akurat niekończąca się praca, minuta po minucie. Przeszłam przez kilka epizodów depresji. Przez tyle fal paniki i odbierający dech w piersiach płacz, że nawet ich nie zliczę. A mimo to, za każdym razem mój mózg był w stanie podsunąć mi myśl, która pomagała mi powoli wyjść z kognitywnych zniekształceń rzeczywistości w mojej głowie. Tak, tak. To wszystko mózg. To nie ja. Nie jestem swoją depresją, nie jestem nawet swoimi myślami czy emocjami i to jest absolutnie najważniejsza lekcja, jaką odebrałam w tym roku. 

Deep shit, I know. 

Nie mogłam się tym nie podzielić, bo to rzeczy ważne i znam przynajmniej kilka osób, które na co dzień zmagają się z tym, co ja. (Wygląda na to, że przyciągam do siebie takie jednostki i to jest absolutnie wspaniałe; przypis autorki). I wiem, że każdy musi dojrzeć do zrozumienia pewnych rzeczy w swoim własnym czasie, ale hej: ja to tu tylko tak zostawię. 

GDZIE SĄ FILMY, zaraz padnie pytanie. Uh oh. Kolejna prawda: wymieniłam swoją radość i twórczość na niezależność, której tak cholernie mi przez ostatnie lata brakowało. I to nie jest tak, że to jedna jedyna prawda i tak już jest i będzie na wieki wieków, nie. To etap. Wszystko się zmienia i to jest taki dziwny (i bardzo dla mnie wymagający) etap, przez który muszę przejść. Wiesz jak to jest, kiedy uparcie idziesz do przodu i zdobywasz kolejne odznaki dzielnego człowieka, ale z tyłu głowy dobrze wiesz, że w pewnym momencie będziesz musiała się zatrzymać i poświęcić czas na posprzątanie tych trupów z szafy, które upychasz tam od lat? No. To ja właśnie sprzątam. Ciach, ciach, szach- mat. Zajmuje to dużo dłużej niż się spodziewałam, damn, już naprawdę nie powinnam być zdziwiona.

A POZA TYM, to bardzo chciałabym więcej. Więcej niż to, co do tej pory robiłam. Wybrałam więc postój, pit stop, bo wytracanie energii na coś co już nie sprawia mi frajdy nie wydaje mi się dobrym pomysłem.

Teraz możesz sobie pomyśleć: „ona się tłumaczy! wymówki, wymóweczki!”. I masz prawo tak myśleć, to Twoja głowa. Ja – jak zwykle – piszę to, bo wierzę w dzielenie się trudnościami, wierzę w zwykłą ludzką wrażliwość, naczytałam się również książek Brené Brown i ona nazywa po imieniu to, co od lat głęboko w serduszku czuję. Ta strona to jest moja strona i to jest moje miejsce i czuję się tu bezpiecznie i właśnie dlatego będę się tu wybebeszać. Bo mogę. 

 

Na koniec dodam: lubię to, gdzie jestem teraz. Nie tylko to miasto, z którym witam się co rano, bo absolutnie uwielbiam jego energię i różnorodność, ale też ten stan wewnętrzny, do którego (zapłakana i upocona) wreszcie dotarłam. I wydaje mi się – tak tylko podejrzewam, ale pewna nie jestem – że wielkie plany zaczynają się jednak od spokoju i pogodzenia. A jeśli rzeczywiście tak jest, to drżyj świecie, bo oto nadchodzę!

– Powoli. 

K. 

 

ps/ Wiem, że to zupełnie szalone wypuszczać posta na stronie nieaktywnej od ponad roku, kiedy nawet już na social mediach nie udzielam się regularnie. Zatem: jeśli to przeczytasz i uznasz, że warto się tym z kimś podzielić – podaj linka dalej, będę wdzięczna. Jest też email, jeśli masz ochotę do mnie naskrobać: hello@kanielak.com. Działa, sprawdziłam! 🙂 

 

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *