Skip to content

codzienność

Codziennie rano o tej samej godzinie, na tym samym przystanku mijam tę samą Panią, czekającą na autobus z numerem dziewięć. Mijam ją i zaraz skręcam w boczną uliczkę prowadzącą do biblioteki. O godzinie za pięć dziewiąta jestem na miejscu i przypinając rower odnotowuję Siwego Pana Numer Jeden siedzącego na ławeczce, do którego na chwilę przed otwarciem dołącza kolega. Wchodząc, zawsze już gdzieś w drzwiach dołącza do nas Pani z doradztwa i kiedy ja wypakowuję swój plecak, ona na stoliku obok rozkłada dokumenty, laptop i termos. Termos ma też Pan po lewej, który przychodzi po dziewiątej, siada przy wysokim stole przy oknie, pije kawę, spogląda przez okno, ma torbę wypchaną papierami i przez kilka godzin potrafi nie oderwać wzroku od ekranu. Pana z termosem uprzedza czasem Siwy Pan Numer Dwa z gazetą  – obaj upodobali sobie bowiem ten sam wysoki stół.

Piątego dnia uświadomiłam sobie, że to są te małe rzeczy, które dają mi uczucie przynależności do tej małej lokalnej społeczności. I, że rutyna bywa czasem miła. Przynosi głowie ukojenie.

Ale nie mogę przecież usiedzieć w jednym miejsc zbyt długo – więc gdy tylko poczuję zew, pakuję manatki i jadę na wycieczkę. Okrężną drogą wracam do domu, żeby pomyśleć: nabieram rozpędu, trochę sapię pod górkę i przygryzam wargi, analizując swój plan w głowie.

Codziennie pracuję na tym, co mam, żeby znów stworzyć coś, co da mi kopa, przywróci moją energię i wiarę. W siebie i w ludzkość. I w siebie. Tworzenie od zera mam już w małym palcu, tylko ta pewność. Pewność, że TYM RAZEM się uda. Z tym idzie mi gorzej.

Boję się.

Jasne, że się boję. Nie wybaczyłabym sobie tych samych błędów. Albo raczej: nie wiem czy jestem w stanie przejść przez to raz jeszcze. Wszystkie porażki odebrałam personalnie, w samo serce. Wszystko wzięłam na siebie.

Z jednej strony myślę sobie: nie dam rady, mam dość, już nie mogę. Z drugiej, ale tak z tyłu głowy,  znacznie mniej wyraźnie, ale czuję, że to rozbieg, że biorę rozpęd. Że ten czas był i jest mi potrzebny. Że to wszystko – nadal – ma sens.

Uczę się to akceptować.

It is what it is.

Codziennie rano o tej samej godzinie, wsiadam na rower i jadę do biblioteki.

 

 

K.

/ lipiec ’18

2 komentarze

  1. Ja też w każdym nowym miejscu obserwuję takie lokalne codzienności i rytm każdej dzielnicy. To jest bardzo urocze i pozwala poczuć się jak u siebie. Tylko ja tego nie kręcę, a Ty w swoich filmach to zawsze pięknie wyłapujesz. Takie mikro ulotne sceny. Lubię bardzo. 🙂

    • kanielak kanielak

      Myślę, że to właśnie z takich małych malutkich rzeczy składa się nasza codzienność. Dzięki, Marta <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *