Skip to content

jestem gdzieś pomiędzy

Poświęcasz cały swój czas i całe swoje siły żywotne temu, w co wierzysz. Zarywasz nocki, drylujesz między niewyspaniem a przemęczeniem, pracujesz za darmo, żeby robić więcej, próbujesz, ponosisz porażki, podnosisz się i znów próbujesz. Doceniasz proces. You hustle. 

Albo robisz tylko to, co musisz zrobić, a każdą wolną chwilę poświęcasz sobie. Uczysz się słuchać siebie, nazywać emocje, wyrażać je i być w tu i teraz. Wydłużasz swoje poranki, robiąc rzeczy, które lubisz, żeby poczuć się dobrze ze sobą. Self love.

Ja jestem gdzieś pomiędzy.

Uśmiechasz się do świata, całą sobą, cały czas. Uśmiechasz się już z nawyku, bo jest Ci dobrze, bo chcesz komuś zrobić dobrze, uśmiechasz się nawet wtedy, kiedy łzy cisną się na usta. 

Albo nie masz siły na nic, nie chce Ci się nic i w niczym nie widzisz sensu. Są dni, kiedy nie wychodzisz z łóżka, ale są też te, w których nikt nawet nie wie, że coś jest nie tak. 

Jestem gdzieś pomiędzy. 

Czujesz, że Twoje życie to skarb, dar, cenne chwile, więc doceniasz każdą z nich. Czerpiesz z życia garściami, cieszysz się tym, co masz, nie martwisz się na zapas. 

Albo masz poczucie, że nie wiesz nic. Nie wiesz dokąd idziesz i nie wiesz, czy droga, którą obrałaś jest słuszna i nie wiesz nawet jak długo jeszcze w niej wytrwasz. 

Jestem gdzieś pomiędzy. 

Tęsknisz za tym, co jest Ci znane, za domem, za Mamą, za czasem, który już nie wróci.

Albo robisz wszystko, żeby zbudować Nowe, od zera, tu, gdzie jesteś. 

Ja jestem gdzieś pomiędzy. 

Jedną nogą Tam, jedną Tu. 

Gdzieś pomiędzy najszczęśliwszym uśmiechem a zapłakaną buzią. Gdzieś pomiędzy snami na jawie a tęsknotą za tym, co było. Gdzieś pomiędzy spełnionym marzeniem a ciągłymi wątpliwościami. Między starą sobą a sobą. 

 


 

Notuję to i porzucam na kilka tygodni. 

Dopiero po tym czasie odkrywam, że to nie jest bycie pomiędzy. Dociera do mnie, że to jest właśnie proces. Nie zawsze jednostronny, bo przecież czasem wracam tam, gdzie już byłam. Nie zawsze to wszystko idzie w dobrą stronę, bo przecież popełniam błędy. Nie zawsze jestem też zadowolona z tego, że coś się (znów!) zmienia. Ale nic przecież nie jest na zawsze. I jeśli moje ciało przekształca się każdego dnia, to jakim sposobem ja miałabym stać w miejscu? Jak mogłabym nie chcieć próbować? Nie zmieniać swoich pomysłów? Niby jak mogłabym nie chcieć wciąż więcej i więcej?

Jestem w procesie. Wszystko wokół jest jak jeden wielki proces. Zmieniam się i przepoczwarzam i nic już nie jest takie samo.

Jestem w procesie, staję się nim i w końcu – W KOŃCU! – zaczynam to lubić. 

tu i teraz.

Jest wieczór. Ciepłe światło z żarówek rozmywa się na ścianach i słychać tylko szum samochodów za oknem. Siedzę przy moim biurku barowym, edytuję najświeższe zdjęcia i przypominam sobie, że już jakiś czas temu miałam oczyścić laptopa ze starych rzeczy. Więc przeglądam, klikam, otwieram, czasem się dziwię, a czasem tylko wyrzucam. Znajduję dwa zdjęcia. I mam w głowie bitwę na dwa głosy: 

Kiedyś mieliśmy dom. Był taki nasz, było ciepło, byli goście i przestrzeń na wszystko. 

Nigdy nie czułaś się tam dobrze. 

Źle nam tam było? Był taki spokój i tyle pięknej natury wokół! 

Dusiłaś się tam. 

Chodziliśmy do lasu.

Wkurzałaś się prawie codziennie. 

Tak świetnie mi tam szło bieganie! 

Nigdy nie wyznaczyłaś granicy z sąsiadką i ograniczyłaś swoje życie do domu i pracy. W domu.

 

 

Wychodzę trzaskając drzwiami. Jest późno, jestem wkurwiona. Po raz kolejny pokłóciliśmy się o jakąś pierdołę, to studio jest jednak za małe na nasze temperamenty. Idę przez osiedle szybkim krokiem. Oddycham głęboko, wyobrażając sobie, że palę, bo przecież medytacja i palenie mają ze sobą mnóstwo wspólnego. Uspokajam się trochę, wyciszam, łapię myśl i w moment prawie płaczę. Zwalniam. Myślę sobie: 

Chcę do domu, chcę do Norwegii, chcę do Polski, chcę do Mamy.

Wiem, że tak naprawdę chcę wrócić do czegoś, co znam, chcę, żeby choć przez chwilę było łatwiej. Wiem, że oboje jesteśmy zestresowani i oboje chcemy, żeby wszystko już się ułożyło. Chcę poczuć się swobodniej, pewniej, odetchnąć z ulgą. Chcę poczuć się jak w domu i wiem, że dom to przecież stan umysłu. 

Dom to przecież M. A to nad czym muszę pracować to moje granice i poczucie wartości. 

Więc siedzę na schodach i gapię się w księżyc. I chłonę chłodne już powietrze i próbuję zapisać ten moment w pamięci, w zakładce „nowy dom”, bo wszystko jest przecież kwestią decyzji. Jeszcze trochę, mówię sobie, jeszcze trochę i obiecuję sobie znów doceniać to, co tu i teraz. Doceniać drogę i cały ten proces. Bo przecież tego chciałam. Przecież dwa lata temu tak bardzo chciałam być tu, gdzie jestem dziś. 

 

 

ps / zdjęcia: viabirdie.com

wygrać z anoreksją.

Bardzo długo myślałam, że z anoreksji da się wyjść całkowicie. Dziś myślę, ze się jednak myliłam.

Nie zrozum mnie źle: wiem, jak cholernie trudna i zgubna i podła jest to choroba. Ale wierzę, że podejmując słuszną decyzję i przy ogromnym wsparciu odpowiednich osób – jesteś w stanie zbudować zdrową relację z jedzeniem i swoim ciałem. Jesteś w stanie nie być sama dla siebie śmiertelnym zagrożeniem.

Ale to nie jest tak, że jak tylko zaczniesz jeść, wszystkie problemy znikają. Powiedziałabym nawet, że to wtedy jest gorzej, a na pewno trudniej. Dopiero jak podejmiesz się pracy nad sobą i głową, odkrywasz, że anoreksja to był tylko etap i przed Tobą lata pracy. L a t a. Nie dwa – trzy, raczej: osiem, dziewięć, dziesięć.

Ktoś wpada w depresję, ktoś inny latami nie zdaje sobie sprawy, że to już depresja. Ktoś kurczowo trzyma się rzeczy z „tamtego okresu”, ktoś się uzależnia, a inny ktoś nie radzi sobie z relacjami. Żadne z nas nie radzi sobie z emocjami i to właśnie tego musimy się nauczyć. Nie tłumić ani nie kierować ich przeciwko sobie, ale: nazywać i wypowiadać. Reagować. Stawiać granice. To jest ta kontrola, o którą bardzo często krzyczymy, głodząc się.

Piszę to z kilku względów. Jestem w kontakcie z kilkoma wspaniałymi dziewczynami i chłopakami, z którymi rozmawiam o tym, co wyżej, bo każde z nas ma swoją historię. Końca jednak nie widać i co i raz widzę osoby, u których niewinna dieta przeradza się w ogromny problem, bo anoreksja niestety nie wychodzi z mody. I mam dziś dla Ciebie ostrzeżenie i pocieszenie.

W dzisiejszym świecie social mediów i kont na Instagramie, w których bajkę można nawet uwierzyć: proszę, przesiewaj informacje. Nie da się wyjść z anoreksji w rok, po dwóch latach ledwo stabilizuje się ciało i jego funkcjonowanie, nie mówiąc o psychice. Nie da się mieć zdrowej relacji z jedzeniem przeskakując z jednej diety na drugą, a zdrowa relacja z ciałem nie polega na katowaniu się dwa razy dziennie sześć razy w tygodniu w imię „zdrowego stylu życia”. Nie. Nawet osoba zdrowa popełnia błędy i potyka się, i nie ma jedynego słusznego „stylu” jeśli chodzi o odżywanie czy sport. Twoje ciało jest Twoje i nikt jak Ty go nie zrozumie. Daj sobie czas i bądź uważna. 

Pocieszenie natomiast zabrzmi jak tanie hasło z Internetu, ale daj mi dokończyć. Nie jesteś sama. I uwierz mi, że nikt jak ja nie zrozumie kiedy pomyślisz sobie, że nie umiesz / nie chcesz prosić nikogo o pomoc. Wiem, jak bardzo jest to trudne. Wiem, jak ten świat stoi na głowie. Wiem, że najważniejszymi wartościami wyciera się dziś twarz i zręcznie kłamie dla chwili uwagi. Wiem, że często nie mamy wsparcia od tych, na których tak bardzo polegamy. Ale są na tym świecie mądrzy i dobrzy ludzie, są też niesamowici terapeuci, którzy myśli potrafią poukładać jak nikt inny. A wrażliwość to nic, czego człowiek powinien się wstydzić. Za kilka lat odkryjesz drugą stronę medalu, zobaczysz, że ta wyjątkowa wrażliwość, którą masz w sobie ma też mnóstwo pięknych zalet. Jest też siłą. Daj sobie pomóc, bo jesteś cenna i ważna.

 

Jesteś.

 

 

Nigdy nie przykładałam wagi do dat, w anoreksji jest też tak, że nie wiesz, w której próbie w końcu wytrwasz; ale na moje oko dziś mija około siedmiu lat, od kiedy zaczęłam *normalnie* jeść. I jem. I lubię swoje ciało i podziwiam je za siłę i wytrzymałość, i wsłuchuję się w nie każdego dnia. Uprawiam sport, cieszę się życiem, tym realnym, a nie życiem online, mam wspaniałych ludzi wokół, wyruszyłam w podróż życia i wróciłam. Na terapię. Przeszłam przez uzależnienia i restrykcyjne plany treningowe, przez niepohamowane wybuchy gniewu i stany depresyjne. Dziś jestem silniejsza, ale nadal pracuję nad emocjami i wierzę, że to klucz. Uważność i emocje. Dwa wytrychy do życia w wolności.

 

Stare filmy z moją historią zaburzeń odżywania do obejrzenia TUTAJ.

I niezmiennie – jeśli czujesz, że chcesz napisać, wyrzucić z siebie coś, co nie przechodzi Ci przez gardło, jestem tu: hello@kanielak.com.

 

K.

minimalizm w szafie (albo: najpierw styl, później minimalizm)

Siedemnaście.

Prawdopodobnie spędzasz przed szafą siedemnaście minut dziennie (trzynaście w przypadku mężczyzn). To są cztery pełne dni w roku, albo okrąglutkie pół roku jeśli liczyć od ukończenia liceum aż do emerytury. Pół roku z życia na decydowaniu się na głupią bluzkę! *

Nie wiem jak Ty, ale ja uważam, że są ciekawsze rzeczy do robienia niż przykładanie wagi do tego, jakie wrażenie wywołam na twarzach swoich sąsiadów lub współpracowników danego dnia, wybierając TEN CIUCH. Może wyrosłam z tego, a może to nigdy nie miało znaczenia.

W związku z tym, oprócz tego, że powoli sprowadzam swoją szafę do ponadczasowych klasyków i elementów, które można dowolnie łączyć, bo wszystko do siebie pasuje, to – jasna sprawa – ograniczam ilość. Nie kolekcjonuję ubrań, nie zbieram na zapas, na specjalne okazje. Mam to, co mam i staram się to wykorzystać jak najlepiej potrafię. Jeśli czegoś nie noszę – oddaję. Jeśli coś się sprawdza i noszę to w kółko – kupuję dwie pary i na chwilę mam spokój, aż mi się znudzi.

Wbrew pozorom – im mniej, tym większy dajesz popis swojej kreatywności i rozumiem to dwojako: Raz, że masz tylko kilka sztuk, które musisz je połączyć w jakiś sensowny sposób, więc tworzysz kombinacje, na które wcześniej – mając więcej – byś nie wpadła (bo nosiłaś komplety utartymi schematami). Dwa: mniej tracisz czasu i energii na decyzję. Tak, to prawda, że genialne umysły ograniczają swoją garderobę do kilku sztuk (tych samych ubrań) właśnie po to, żeby zaoszczędzić mózgowi niepotrzebnego wysiłku na rzecz mało ważną. 

I tak, jakiś czas temu znalazłam na Instagramie wyzwanie 10×10 by Lee (the Bee) Vosburgh. Dziesięć ubrań, dziesięć dni. Dopiero po fakcie dotarło do mnie, że buty wliczają się w 10 sztuk, ale – co potwierdziła też autorka całego zamieszania – na początek 10 sztuk samych szmat też będzie dobre. Pochowałam całą resztę ubrań (a nadal mam niewiele, więc nie był to problem), miałam do dyspozycji tylko to, co sobie wcześniej przygotowałam. Zrobiłam film poglądowy, który mógłby zawierać jeszcze przynajmniej kilka połączeń, ale uznałam, że nagrywanie siebie w ubrankach to szalenie nudne zajęcie, więc kombinacji jest dziesięć:

 

Wierzę w to, że jeśli masz swój styl, ilość ubrań nie będzie przeszkodą. Jeśli znasz siebie na tyle, że wiesz w czym czujesz się dobrze (a co za tym idzie: wyglądasz dobrze), nie gonisz ślepo za trendami na pięć minut. Znam i na co dzień podziwiam kobiety, które – bez względu na kształt, wielkość czy wagę – noszą się ze swoim ciałem i ubraniami tak, że świat się na chwilę zatrzymuje.

Z własnym stylem jest trochę jak z klasą – nie kupisz jej za żadne pieniądze, ale wielu rzeczy możesz się nauczyć. Zachęcam więc do nauki poprzez zabawę i (samo) świadomość. A tak już zupełnie serio: nie oglądaj się na innych. Nie bądź klonem. Bądź sobą.

 

K.

 

* https://www.allure.com/story/how-much-time-women-spend-picking-clothes

o emocjach

W tym świecie wypchanym po brzegi uśmiechniętymi coachami i trenerami rozwoju osobistego. W świecie, w którym ubieramy i malujemy się do zdjęcia, przyjmujemy dziwne pozy i za nic nie dajemy po sobie poznać, że coś jest nie tak. W świecie, w którym wolimy przeczekać sytuację, pominąć ją lub potraktować filtrem pozytywnego myślenia, niż napisać jak jest naprawdę. W świecie, w którym smutek nie jest trendy, a złość uchodzi za słabość, uczę się i pielęgnuję myśl, że:

Złość nie jest zła.

Nie doszłam do tego sama, choć to uczucie towarzyszy mi od wielu wielu lat. Jest jak ta biedna ciotka siedząca na plecach z opowiadania Murakamiego, ale gorsza: jest ze mną na każdym kroku i tylko czeka żeby zamienić się w mojego największego wroga. Z tym, że to nie ciotka – to ja. To ja jestem swoim największym wrogiem.

I tak, w wieku 28 lat, uczę się rozpoznawać, nazywać i wypowiadać złość. Idzie mi opornie. Uczę się stawać w swojej własnej obronie i walczyć o siebie. Boże, jakie to trudne. Próbuję mówić, używając zasad Komunikacji Bez Przemocy, o tym, jaka to sytuacja mnie zezłościła i dlaczego, co to dla mnie znaczy i czego oczekuję. Złość – wyparcie – płacz – walka o siebie. Pot i krzyk (choć tego już znacznie mniej). Nie jest różowo. 

Płacz nie jest zły.

Przybliża mnie do tego, co jest dla mnie szalenie ważne, do moich potrzeb. Pokazuje mi, że zależy mi na mojej przyjaciółce i kontakcie z nią; że uciekam, ale tak naprawdę chcę, żeby ta najbliższa mi osoba stęskniła się za mną i walczyła o mnie. Walczyła tak, jak ja sama nie potrafię.

Smutek nie jest zły.

Pokazuje mi, że straciłam coś, co było dla mnie ważne. Że nie udało się coś, w co włożyłam dużo swojej pracy i nadziei. Że pewna z podstawowych ludzkich potrzeb nie została zaspokojona, kiedy tego bardzo potrzebowałam, bo nie potrafiłam o tym powiedzieć.

Co jest złego w emocjach i dlaczego je pomijamy? Dlaczego tłumimy je, kisimy pod pokrywką „pozytywnego myślenia”, albo tej głupiej myśli, że tego człowieka po drugiej stronie to nie obchodzi? Dlaczego nie mówimy o tym, jak się czujemy, tak po prostu?

 

Cześć, jak się dziś czujesz?

Ja. Nadal mam w sobie dużo smutku, bo projekt, w który włożyłam dużo serca nie powiódł się tak, jak tego chciałam. Przez to też, boję się każdego nowego kroku. Ale mam nadzieję i odrobinę radości na myśl, że jeśli znów zacznę – może trochę inaczej niż wcześniej – to pokaże mi to nowe możliwości i ta dawna energia wróci do mnie. Jestem dziś też wrażliwa na sygnały, jakie daje mi ciało: jestem spokojna i uczę się tego stanu.

A Ty?

 

 

 

ps / jeśli mnie jeszcze nie znasz: mówiąc o złości, nie mam na myśli nieadekwatnej reakcji lub reakcji skierowanej w złą stronę (czyli potocznego wyżywania się na kimś). Nie. Mam na myśli dialog z drugim człowiekiem, rozmowę, w której nazywamy swoje emocje i słuchamy też drugiej strony.

K.

 

minimalizm w głowie

W liceum, to ja byłam tą dziewczyną, której ubrania się nigdy nie powtarzały. Stos sz(m)at przenosiłam co wieczór z łóżka na krzesło, co rano – z krzesła na łóżko, żeby zarządzić nową kombinację, w której pójdę do szkoły danego dnia, a kiedy Mama załamywała już ręce wpadając do mojego pokoju, upychałam to wszystko do szafy ze stoickim spokojem. Na studiach, to ja miałam szafę wypchaną po brzegi, każda przeprowadzka to było angażowanie Taty z samochodem, a każda, nawet najkrótsza podróż to była torba na kółkach, którą ledwo byłam w stanie unieść. A kiedy zaczęłam dobrze zarabiać, pieniądze wydawałam na ubrania na poszczególne okazje: na urodziny X, na wyjazd z Z do Y, na wigilię firmową – większość z tych rzeczy miałam na sobie raz, może dwa. Ale miałam! Przez całe swoje życie jestem też tą dziewczyną, która dzieli ubrania na te „lepsze” (aka: „do kościoła”!) i te, w których można chodzić na co dzień / po domu. Zatem wszystko razy dwa, prawie.

Minimalizm miał na mnie wpływ zupełnie niechcący, powoli przenikał do mojej codzienności podczas czterech lat mieszkania w Norwegii. Styl, proste formy, linie, jasne kolory i przemyślane kontrasty – to w kwestii wnętrz. Dużo nauczyliśmy się od naszych klientów, wiele rzeczy podejrzeliśmy. Wielu meblom daliśmy drugie życie: dostaliśmy je lub wykupiliśmy za bezcen. Wynikało to z naszej potrzeby mieszkania w przyjemnym otoczeniu i braku pieniędzy, tak po prostu. Więc eksperymentowaliśmy, wykorzystywaliśmy potencjał rzeczy używanych, powoli odnajdując nasz własny styl.

To przełożyło się też na moją szafę: więcej rzeczy oddawałam niż kupowałam, zaczęłam doceniać jakość, a nie ilość (szczególnie w kwestii butów, ale to już zasługa M), pozostałam wierna klasyce. O ubraniach będę pisać w kolejnym poście, zatem dalej:

W tamtym czasie, moje zbieractwo ograniczało się do skorup (talerzy, kubków, miseczek), sztućców i materiałów, których używałam do zdjęć jedzenia. Z tym uporałam się dopiero w Warszawie, tuż przed podróżą i też trochę przypadkiem.

I znam to uczucie sentymentu do danej rzeczy. Znam ten ścisk gardła, kiedy okazuje się, że plama z ulubionej bluzki nie schodzi, kiedy ulubiony (taki dobry do zdjęć!) kubek się zbije, kiedy ktoś miał coś pożyczyć i oddać, ale postanowił się już nigdy w Twoim życiu nie pojawić – wraz z TWOIMI rzeczami. To MOJE PRZECIEŻ. M O J E.

I nie wiem skąd to się bierze, ale rozgryzłam kilka przypadków i nie chcę wnikać więcej. Smutne są często powody wielkiej chęci posiadania.

U mnie, to nie terapia ani praca nad sobą były powodem wyzbycia się tej chęci posiadania. To przeprowadzki. I wyprowadzka. I podróż. Myślę, że stało się to trochę na odwrót: zaczęłam się pozbywać rzeczy, bo musiałam, później dopiero pojawiła się myśl, że mieć mniej – że to ma sens. Dołączyły do tego też refleksje i świadomość związane ze środowiskiem i naszym bezpośrednim wpływem na jego zanieczyszczenie i właśnie to przekonuje mnie do moich wyborów na co dzień. 

(Więcej o podróży też będzie w kolejnym poście, zatem cierpliwości 🙂

No dobra, ale co z tą zaradnością – spytasz. Zaradność to umiejętność radzenia sobie w różnych sytuacjach, to kreatywność, to szukanie rozwiązań wtedy, kiedy nie masz kasy, a mimo to chcesz jakoś wyglądać lub wyposażyć dom, tak? Zaradność w moim życiu idzie krok w krok z minimalizmem. Moja zaradność to:

Raz: rzeczy używane. Lumpeksy, ciucholandy, sklepy vintage, jak zwał tak zwał. Ubrania, dodatki, meble, sprzęty kuchenne, książki – za grosze. Za cenę, której tak naprawdę te rzeczy są warte, jak się nad tym głębiej zastanowisz. Nie płacisz za markę – płacisz za przedmiot. Przedmiot, którego będziesz używać, z którego będziesz korzystać, tak jak się z przedmiotów powinno korzystać, a nie chwalić się nimi, podnosząc swój pseudo status społeczny. Pardon. Musiałam.

Dwa: oddaj to, czego nie nosisz / nie używasz tym, którzy mają mniej niż Ty. Nasze przeprowadzki i budowanie życia w nowym kraju nauczyły mnie właśnie tego: korzystałam z tego, że ktoś miał więcej i mógł oddać coś za bezcen. Ale jeśli tylko dochodzę do tego momentu, że to ja mam więcej – dzielę się. Oddaję, sprzedaję za grosze, wymieniam. To takie „pay it forward”. To wspaniałe uczucie, uwierz mi. 

Trzy: jeśli nie umiesz się z czymś rozstać dziś, schowaj to. Po kilku tygodniach / miesiącach może się okazać, że już tego nie potrzebujesz (jak ja ponad połowy swoich ubrań, które zostały w domu przed podróżą).

Cztery: nie kupuj emocjonalnie (tyczy się również jedzenia!). To tylko rzeczy. Żadna z tych rzeczy nie stanowi o Twojej wartości. Nie staniesz się lepszym człowiekiem tylko dlatego, że masz na sobie t-shirt z metką, ani nie staniesz się gorszym, jeśli tej metki nie masz. End of a story.

Pięć: spójrz na to co masz z innej perspektywy / zmień coś. Może da się jednak tę wysychającą w lodówce połówkę kalafiora ukisić? Może resztki z wczorajszego obiadu schowasz w pierogi i nikt się nie zorientuje? Może da się odmalować to biurko? Może jak zetrzesz farbę z krzesła i użyjesz innego odcienia oleju – będzie zbliżone do tych „trendy” w tym sezonie, do których tak wzdychasz od miesiąca? Może da się przyciąć tę bluzkę i pokazać kawałek brzucha, bo latko? Może wciśniesz się jednak w te stare jeansy swojej mamy? Mój Boże, to taka frajda!

Sześć: kombinuj z tym co masz i baw się! Łącz ubrania na nowe sposoby, przestawiaj meble w nieskończoność, rób obiad z resztek, zamiast je wyrzucać. Wykorzystuj to, co masz. Doceń, to co masz.

Siedem: a w zasadzie to numer jeden. Kupuj mniej. Zastanów się, czy NAPRAWDĘ potrzebujesz kolejnej bluzki? Spodni, bo są modne w tym sezonie i mają je wszyscy? Sałaty, której nienawidzisz, ale po raz kolejny obiecujesz sobie, że od teraz to już tylko owoce i sałatki? Powiedz: co Ci to daje, to kupowanie?

 

Dla mnie, Kanada jest mentalnie nowym startem. Napatrzyłam się na plaże, na które z każdą falą zwalały się tony śmieci, na ludzi którzy beztrosko wyrzucają torebki tam, gdzie stoją, dziś patrzę na sześciopasmowe autostrady, po których pędzi milion samochodów każdego dnia. Wiem, że minimalizm to słuszny kierunek. Trzymam się więc tych kilku zasad, uczę się i rozwijam, popełniam błędy i idę czasem na łatwiznę, ale nadal jestem dumna ze swoich postępów w ograniczaniu rzeczy materialnych. Dzięki temu czuję, że w głowie mam jakby więcej przestrzeni. A w sercu wolność <3

Był to mój pierwszy post o minimalizmie, a tym samym najdłuższy post, jaki wydałam na świat. Cóż. Różne są drogi do celu. Powodzenia!

 

 

 

Ps / to niestety nie jest tak, że oddaliśmy wszystko tuż przed podróżą. Większość kuchennych rzeczy przejęła moja Mama, część rzeczy staramy się nadal sprzedać, a ubrania – według zasady numer trzy – zamierzam przetrzepać i oddać jak tylko wpadnę do domu, w okolicach grudnia. To co? Może jakaś garażowa wyprzedaż tuż przed Świętami? 🙂 

Ps 2 / Myślę sobie, że nie wykorzystałam tematu kuchni i jedzenia, a tym samym zanieczyszczenia środowiska plastikiem, choć wydaje mi się, że w tym temacie w Internecie jest juz absolutnie wszystko. Jeśli jednak masz potrzebę rozwinięcia tego kierunku – daj znać!

codzienność

Codziennie rano o tej samej godzinie, na tym samym przystanku mijam tę samą Panią, czekającą na autobus z numerem dziewięć. Mijam ją i zaraz skręcam w boczną uliczkę prowadzącą do biblioteki. O godzinie za pięć dziewiąta jestem na miejscu i przypinając rower odnotowuję Siwego Pana Numer Jeden siedzącego na ławeczce, do którego na chwilę przed otwarciem dołącza kolega. Wchodząc, zawsze już gdzieś w drzwiach dołącza do nas Pani z doradztwa i kiedy ja wypakowuję swój plecak, ona na stoliku obok rozkłada dokumenty, laptop i termos. Termos ma też Pan po lewej, który przychodzi po dziewiątej, siada przy wysokim stole przy oknie, pije kawę, spogląda przez okno, ma torbę wypchaną papierami i przez kilka godzin potrafi nie oderwać wzroku od ekranu. Pana z termosem uprzedza czasem Siwy Pan Numer Dwa z gazetą  – obaj upodobali sobie bowiem ten sam wysoki stół.

Piątego dnia uświadomiłam sobie, że to są te małe rzeczy, które dają mi uczucie przynależności do tej małej lokalnej społeczności. I, że rutyna bywa czasem miła. Przynosi głowie ukojenie.

Ale nie mogę przecież usiedzieć w jednym miejsc zbyt długo – więc gdy tylko poczuję zew, pakuję manatki i jadę na wycieczkę. Okrężną drogą wracam do domu, żeby pomyśleć: nabieram rozpędu, trochę sapię pod górkę i przygryzam wargi, analizując swój plan w głowie.

Codziennie pracuję na tym, co mam, żeby znów stworzyć coś, co da mi kopa, przywróci moją energię i wiarę. W siebie i w ludzkość. I w siebie. Tworzenie od zera mam już w małym palcu, tylko ta pewność. Pewność, że TYM RAZEM się uda. Z tym idzie mi gorzej.

Boję się.

Jasne, że się boję. Nie wybaczyłabym sobie tych samych błędów. Albo raczej: nie wiem czy jestem w stanie przejść przez to raz jeszcze. Wszystkie porażki odebrałam personalnie, w samo serce. Wszystko wzięłam na siebie.

Z jednej strony myślę sobie: nie dam rady, mam dość, już nie mogę. Z drugiej, ale tak z tyłu głowy,  znacznie mniej wyraźnie, ale czuję, że to rozbieg, że biorę rozpęd. Że ten czas był i jest mi potrzebny. Że to wszystko – nadal – ma sens.

Uczę się to akceptować.

It is what it is.

Codziennie rano o tej samej godzinie, wsiadam na rower i jadę do biblioteki.

 

 

K.

/ lipiec ’18

zaczynam od zera

Po raz kolejny napiszę: to nie tak, że mnie nie ma. Choć dziś już nie zależy mi na tym tak bardzo jak rok temu: na tym, żebyś koniecznie wiedziała, że jestem, że się nie poddałam. Jeśli tylko chcesz – wiesz to.

Social media wykończyły mnie doszczętnie, być może odebrały coś na chwilę, ale dopiero zupełny odwyk od nich dał mi o wiele więcej, więc dziś uczę się to przyjmować, cieszyć się tym i doceniać. 

Bo to właśnie o docenianie poszło. Nie wiem czy też tak masz – zarzucana sztucznie pompowanym szczęściem innych – odbierałam sobie swoje własne. Bo czułam, że ciągle jestem nie tu, gdzie powinnam, żeby mieć więcej lajeczków, moje zdjęcia były nie-takie-jakich-chce-Instagram, a moje przemyślenia były zbyt ciężkie do odbioru (niesprzedajne). Bo hej! Życie to przecież piękne poranki, nienaganny makijaż, nowe mebelki i podróże dookoła świata z idealnym partnerem za pieniądze z kosmosu, no tak czy nie?

Nie.

I wkurza mnie to ciągłe dążenie do perfekcji, to ciągłe udawanie, że jesteśmy lepsi / ładniejsi / bogatsi niż jesteśmy w rzeczywistości. WKURZA MNIE TO. Voila. Napisałam to.

No ale przecież nie będę narzekać na to, czego nie zmienię. Więc się wycofałam. A że po drodze wyszło kilka sytuacji, które postawiły moje decyzje zawodowe pod dużym znakiem zapytania – podważyłam wszystko. Frustrację zamieniłam na wątpliwość, strach siedzi mi na ramieniu i jest cięższy jak wcześniej. Mam wątpliwość. I nie mówię, że jest lepiej czy łatwiej. Szczerze mówiąc, jeszcze nigdy nie byłam w głębszym dołku jak teraz i dopiero się z niego, łokieć za łokciem, wygrzebuję. Krzyk, pot, wino i łzy.

Ale brnę w to dalej i rozpieprzam swój światopogląd na kawałeczki, bo wierzę, że na zaczynanie od zera nigdy nie jest za późno.

 

 

Maybe life

isn’t about

avoiding the bruises.

Maybe it’s about

collecting the scars

to prove

we showed up for it.

– Unknown

oczekuj na więcej.

K.

/ lipiec ’18

urodziny bloga

16go maja obchodziłabym czwarte urodziny bloga. Obchodziłabym, gdyby nie szereg rzeczy, które zaniedbałam, o których nie wiedziałam, na których się nie skupiłam. Blog jest, funkcjonuje, wyrzucam na nim czasem swoje przemyślenia i czuję trochę, że mój jest ten kawałek podłogi i to miłe uczucie mieć to miejsce w sieci, choć moje serce skupione jest już na czymś zupełnie innym.

Na tę okazję zrobiłam sobie listę rzeczy, których podjęłam się lub które stworzyłam / wykonałam przez te cztery lata. Lista nie jest krótka i jest to dla mnie powód do dumy. 

Bo jeśli pojawiają się w głowie myśli, że „nie udało mi się”, bo włożyłam w to wszystko więcej serca niż rozumu, to mam namacalny dowód na to, że czegoś się jednak nauczyłam. 

Dwa, bo przełom kwietnia i maja to dla mnie zawsze największe odkrycia w całym roku: to właśnie rok temu porzuciłam Norwegię. Dokładnie w połowie maja widziałam się z moją przyjaciółką na warszawskim pho – gdzieś między kręceniem filmów, rozmowami o pracę, a dogadywaniem mieszkania – teraz lokalne pho mam za rogiem. I planuję kolejne podróże. I dziś wspominam jak się dusiłam przez te ostatnie lata w Norwegii, dziś wiem czym to przypłaciłam, ale przynajmniej raz w tygodniu dociera do mnie chociaż jedna rzecz, której nauczyłam się w tamtym czasie, a która przydaje się do budowania Nowego. I wiem, że kilka rzeczy będzie prostszych, bo byłam tam, już raz to zrobiłam. Choć nadal łatwo nie będzie i czeka nas jeszcze mnóstwo pracy.

A najważniejsze w tym wszystkim jest to, co powtarza mi w kółko mój najwierniejszy fan, mój Mąż: „dzięki temu jesteś tu, gdzie jesteś”. Bo to dzięki tym potyczkom i próbom i porażkom, robię dziś filmy. I wiem, że chcę to robić. Mam nadzieję, że już zawsze.

Być może chciałabym zakończyć czymś kosmicznie motywującym, czymś, co sprawi, że od razu weźmiesz się do roboty, ale nie. Napiszę Ci: to nie nasze osiągnięcia i wielkie sukcesy sprawiają, że uczymy się więcej, lepiej, mocniej. To błędy i potknięcia wskazują nam drogę. I strach. Rób to, czego się boisz. Zakasaj rękawy i daj z siebie wszystko, mimo wszystko.

Powodzenia,

K.

 

ps / jak byłam młodsza, wpadł mi w ręce utwór N.O.H.A “Dive in your life” i szalenie mi się spodobał. długo jednak nie rozumiałam jak to się robi. do dziś. zdjęcie to pamiątka ostatnich dni w Norwegii, maj 2017. cheers, Norway! 

ps 2/ mam jeszcze jeden pomysł jak zamknąć rozdział mojego życia pt. “mój mały blog kulinarny”. mam nadzieję dokonać tego jeszcze w tym roku, a będzie to coś fajnego, więc zostań tu ze mną! ok bye! 

ciałopozytywność i czego nauczyła mnie moja Mama

Dużo myślę ostatnio o samoakceptacji, ciało-pozytywności, świadomości. Pewnie dlatego, że po raz kolejny mam szczęście pomieszkiwać w kraju, w którym dziewczyny są szalenie piękne, naturalnie. Gapię się więc i podziwiam: ich styl, ich prawie zupełny brak makijażu, ich codzienne zajęcia. Natchnęło mnie to do naskrobania o mojej Mamie. 

Story time!

Wspominając swoje (bardzo) młodzieńcze lata, szkołę podstawową i mieszkanie w bloku, mam w tym wszystkim obraz mojej Mamy: mądrej, silnej i niesamowicie pracowitej kobiety. I wiem, że Jej obraz siebie odbiega od mojego, ale Mamo, doczytaj do końca: to są wspomnienia córki wpatrzonej w swoją Matkę.

 

Moja Mama nigdy nie wstydziła się kąpać przy nas. Przeciwnie – wiele ważnych, kobiecych rozmów odbyło się w zaparowanej, małej łazience, kiedy Mama brała prysznic, a ja siedziałam z podkulonymi nogami na podłodze, z głową zadartą w Jej stronę. Jako dziewczynka, a póżniej dojrzewająca nastolatka mogłam obserwować Jej dorosłe już ciało i oswajać się z tym widokiem.

Moja Mama prawie się nie maluje. W naszych rodzinnych albumach zachowały się zdjęcia Mamy w trwałej, z kreską na oku, szmince, ubranej we własnoręcznie uszyte spódnice i mówię Ci: moja Mama była Petardą. Do dziś nie używa podkładu, a cerę ma nieporównywalnie piękniejszą od mojej. I choć na co dzień używa już tylko pomadek i nadal lubi kombinować z ciuchami, uważam, że jest piękna i mam nadzieję zestarzeć się jak Ona.

Szukałam tego w swojej pamięci wiele wiele razy, ale nie mogę sobie przypomnieć ani jednej sytuacji, w której moja Mama narzekała na siebie, na swój wygląd, na ciało. Wiem, że w młodości była bardzo szczupłą dziewczyną (48kg w dniu ślubu!), a Jej ciało po dwóch ciążach zmieniło się, ale ani razu nie usłyszałam z Jej ust: „muszę przejść na dietę”, „muszę schudnąć”, „jestem taka gruba, muszę wziąć się na siebie”. Moja Mama jadła wszystko, a póżniej, w tym trudnym czasie mojej anoreksji, bardzo pomagała mi przywrócić myślenie o jedzeniu na właściwy tor.

I dopiero dziś dociera do mnie jak wielką jestem szczęściarą. Bo za swój wzór miałam Matkę, która mimo, że prawdopodobnie nie uważała się za idealną, nigdy nie narzekała. Która nie walczyła z naturą. Która nie poprawiała się. Która podświadomie przekazała mi, że ja też nie muszę.

 

 

 

Dziękuję, Mamo.

 

 

// zdjęcia zrobił: http://tomasztolloczko.com